Menu

kura w domu

nudziłam się i założyłam bloga

kura.d

Czas pędzi i wcale na mnie nie czeka. Jakaś mało ogarnięta jeszcze jestem po wakacjach,a tu szkoła,jedna i druga,jakieś zebrania,zajęcia po lekcjach,prawo jazdy Starszego,mój i Młodszego Kurczaka angielski,a do tego ni z tego ni z owego przychodzi nowy nauczyciel muzyki,przynosi gitarę,gra i śpiewa, i nagle Młodszy Kurczak gwałtem żąda,żeby go nauczyć,bo też tak chce. Szkoda odmówić,bo muzykalny po Kogucie i nawet jak zapał okaże się słomiany to coś w palcach zostanie. Szukaj teraz człowieku szkoły,nauczyciela i gitary. Dobrze,że fortepianu nie chce.

Oprócz obowiązków były,jak też i będą przyjemności. Najbliższa taka to ślub mego brata,rodzina zaskoczona,a miny jego dzieci wręcz bezcenne. Ja tam się cieszę,bo obie jego żony lubię i mogę się przyznać,że sama go do ślubu namawiałam. Jestem w trakcie produkcji prezentu i jak złożę to się tu pochwalę.

Ślub był też dobrym pretekstem do skompletowania odzieży wyjściowej dla Kurczaków. A że ubieranie odbyło się w outletach to nawet nie bolało za bardzo (marynarka ze spodniami firmy Próchnik dla Młodszego kosztowała 50 złotych,kocham takie ceny) Za to przykra wiadomość jest taka,że jak Starszy Kurczak będzie dalej się poszerzał czeka go szycie na wymiar. Tym razem jeszcze się udało dzięki dodatkowi elastanu,ale nie wiadomo,na jak długo to wystarczy.

A ja sobie zamiast szmat (tych i tak mam nadmiar) kupiłam w prezencie urodzinowym smartfona.  Właściwie powinnam tu hau,hau,odszczekać co mówiłam o samsungach,ale może nikt nic nie pamięta. Szarpnęłam się na nowy J7 i jestem bardzo zadowolona,jest skrojony pode mnie. Wszystko ma duże - ekran 5,5 cala,3 GB RAM i 3600 mAh baterii. Może nie jest tak wypasiony jak seria S ale ma wszystko co mi trzeba. Nic się nie zacina,śmiga jak złoto i tylko zdjęcia jeszcze żadnego nim nie zrobiłam. 

Skończyłam 45 lat,ale nie zabolało. A nawet jakby lepiej.

 

kura.d

Tydzień września? Już? Przecież dopiero wróciłam z wycieczki i jeszcze nic nie napisałam. To piszę.

Muszę tam wrócić. Czuję niedosyt,jednodniowe wycieczki do Pragi powinny być zabronione. Na dodatek w deszczu. Już postanowiłam i nawet zaczęłam realizować,odkładam na prawdziwy pobyt w tym mieście. W przyszłym roku czy za dwa - ale jeszcze tam pojadę. 

Cztery miasta w cztery dni - maraton. Coś się zmieniło - wolę mniej miejsc ale spokojniej i dokładniej. Muszę mieć czas by odetchnąć miejscowym powietrzem. To nie tak,że żałuję. Ale chcę więcej. W Dreźnie zrezygnowałam z galerii malarstwa by mieć więcej czasu na pójście za róg,a potem za kolejny. Mówiłam,że lubię miasta? Nie tylko zabytki i szlaki dla turystów.

Drezno będę wspominać mile też z innego powodu - po raz pierwszy porozumiałam się z kimś po angielsku. Taki mój prywatny mały sukces i nie szkodzi,że tylko kilka nieporadnych zdań. Dziś po wakacjach miałam kolejną lekcję i każdemu nauczycielowi życzyłabym tak zmotywowanych uczniów jak ja.

Po każdym z odwiedzonych miast oczekiwałam czegoś innego i czasem dostawałam mniej a czasem więcej niż chciałam.

Nie ma dużo zdjęć,bo  prawie wszędzie ktoś. Miasta trzeba oglądać o świcie,kiedy ludzie jeszcze śpią,a nie w południe kiedy snują się i wchodzą w kadr. 

Szklarska Poręba. Tam raczej jedzie się dla górskich szlaków i widoków.

Ale nawet widoki nie zawsze są dostępne,na przykład taki Wodospad Kamieńczyka jest czynny do 17. Potem zamykają furtkę i szlus-koniec patrzenia. Doszłam na górę piętnaście po,to wiem co widziałam.

W Pradze się zakochałam. A jak zakochałam się w deszczowej to co będzie jak zobaczę słoneczną?

zaplątany w Pragę Wrocław (nie umiem go przenieść na dół,gdzie jego miejsce;)

Nawet ja piłam czeskie piwo. Zresztą nie tylko czeskie... 

Po Dreźnie nie spodziewałam się fajerwerków,ale było miło i ciekawie. Dużą rolę odegrał przewodnik - z ogromną wiedzą,o wyważonych poglądach i opowiadający z wielką swadą. Pod koniec dnia byłam gotowa mu się oświadczyć i strasznie żałowałam,że nie był z nami w Pradze. Mieliśmy trzech różnych przewodników,z czego najgorszy był właśnie w Pradze,najlepszy w Dreźnie,a najweselszy we Wrocławiu.

 Ostatni dzień to Wrocław,po którym też więcej się spodziewałam niż dostałam,bo przewodnik chociaż miły,wesoły i elokwentny przeciągnął nas jedynie po kościołach,przez Rynek (niektórzy próbują porównywać Rynek zamojski do wrocławskiego,ale nie dajcie się zwieść,widziałam oba i ten pierwszy choć też ładny zostaje w tyle) do rotundy. O Panoramie Racławickiej rozmawiałam kilka dni wcześniej z koleżanką i ona poprosiła mnie bym nie szukała informacji w sieci,ale bym dała się zaskoczyć. To się dałam. Ło panie,robi wrażenie. A na takich jak ja lekko ślepawych tym bardziej,bo weź zobacz człowieku co malunek a co żywy krzak. Do Wrocławia też wrócę.

w1w3w5w4w2

 w6

 Ten krasnal to ja - z aparatem latałam jak z pieprzem,ale to podobno tak się ma jak się mało w życiu widzi.

Ps. nie mam siły do bloxa,nie dość,że kilka razy mnie wylogował i połowę skasował,to jeszcze pomieszał zdjęcia

 

 

 

 

 

kura.d

Tydzień temu zapowiedziałam kontrolę czystości u Kurczaków,dziś mija termin i kiedy zaczęli sprzątać? Przed chwilą. W części pokoju Starszego nie widać już podłogi spod ubrań,a w biurku odkryłam stare rzeczy jeszcze z gimnazjum. Po stronie Młodszego z kolei pełno zabawek,z których już wyrósł i też trzeba się ich pozbyć. Mieli tydzień na spokojne ogarnięcie całości,ale zdecydowali się zrobić wszystko w ostatniej chwili. Będę zdziwiona jak im się uda.

Te generalne porządki są po to,żeby łatwiej było potem wejść z malowaniem bo pokój zaczyna wyglądem i zapachem przypominać jaskinię ogra,a nie dwóch miłych chłopców i trzeba przywrócić mu pierwotną funkcję. Po powrocie z wycieczki zarządzę odpowiednie czynności ale już powinnam naszykować się na czynny i bierny opór męskiej części rodziny. Czasem ciekawa jestem do jakiego stopnia brudu by doszli gdybym ich co jakiś czas nie ścigała. Kogut ze swoim zbieractwem i chłopaki z niechęcią do sprzątania. Ale dopóki mieszkam z nimi nie zobaczę.

A co do wycieczki to zaczynam się trochę obawiać,bo podobno koledzy Koguta szykują się na ostre picie,a Ptak nie z tych przesadnie asertywnych. Zobaczymy,kto z jakimi wspomnieniami wróci.  

kura.d

Dziś będzie o zwiedzaniu. W sumie to zdjęcia będą,bo pisanie mi ostatnio nie idzie. A okazje do zwiedzania zdarzają się ostatnio co tydzień,na przykład dzisiaj zwiedzałam Ikeę i jakieś inne sklepy z odzieżą,wyposażeniem wnętrz i spożywką. A jak mnie nogi po tym bolały...

Tydzień temu też zwiedzałam,trochę dalej od domu i nieco większy kawałek świata.

Zaczęło się od pałacu w Nieborowie

Jedno z niewielu dobrze zachowanych,z oryginalnym wyposażeniem muzeum (pałac znany z Akademii Pana Kleksa) Kilka kilometrów dalej piękny ogród angielski w stylu romantycznym w Arkadii. Co prawda mnie tam nie kręcą romantyczne ruinki, groty, posążki czy świątynie ale jak kto ma czas pospacerować można.

Zakręciło mną za to arboretum. Że ja kiedyś myślałam,że nie lubię drzew? Albo że się nie znam? W Rogowie okazało się,że drzewa są wspaniałe a moja wiedza o nich wcale nie należy do takich małych (przynajmniej w porównaniu z resztą wycieczki)

Z resztą nie tylko drzewa tam są,bo i krzewy,i alpinarium i kolejka wąskotorowa. Cudowne miejsce i bardzo żałuję,że tak daleko ode mnie.

Kolejny dzień to Łódź i zdecydowanie za mało czasu na oglądanie. Widać,że miasto stara się odnawiając,remontując i podkreślając historię miasta. Nowoczesny dworzec Łódź Fabryczna też robi wrażenie 

Albo Manufaktura, Księży Młyn czy Piotrkowska

Udało nam się zwiedzić Muzeum Kinematografii w pałacu Scheiblera (za to nie byliśmy w pałacu Poznańskiego-szkoda)

Dobrze,że nie mam tyle pieniędzy co dawni właściciele bo może też by mi wpadło do głowy stawiać takie piece czy kredensy.

Ostatni dzień to Jasna Góra

Miałam ochotę na zwiedzanie fabryki zapałek,ale współuczestnicy skutecznie mi to uniemożliwili. 

A już w czwartek jadę na kolejne odkrywanie nieznanego. Praga,Drezno i Wrocław. Ja to mam klawe wakacje.

 

 

 

 

 

kura.d

W końcu i dla mnie zaczęły się wakacje.

Ostatni weekend spędziliśmy w Warszawie u Przyjaciół,a ponieważ zawsze jak u nich jesteśmy zwiedzamy przy okazji miasto to były dwa pracowite dni - buzie się nie zamykały,a nogi niemal bez przerwy gdzieś dreptały. Tym razem widzieliśmy rzeźby ze stali w Pałacu Kultury i chociaż to wyjście było przeznaczone głównie dla Młodszego Kurczaka to wywarło ogromne wrażenie na nas wszystkich. Niesłychana precyzja wykonania,estetyka i materiał,z którego zostały wykonane figury sprawiają,że wystawa jest atrakcją dla dzieci i dorosłych. 

Oprócz tego byliśmy w Muzeum Żydów Polskich,na Kopcu Powstania Warszawskiego,spacerowaliśmy po ogrodach w Wilanowie i na koniec obejrzeliśmy Świątynię Opatrzności Bożej. Głównie z ciekawości,bo czytałam dużo złych opinii,że droga,brzydka,beton,że w środku hala sportowa,makabryła.

Muszę powiedzieć,że jeżeli coś może budzić mieszane uczucia to jest to właśnie ten kościół. Podoba mi się beton,wielkość,prostota i surowość projektu. Według mnie dobrze się wpisuje w nowoczesne otoczenie,spory pusty plac wokół dodatkowo podkreśla kanciastość budynku. Zupełnie za to nie pasuje miedziana kopuła na budynku,bo o ile na zdjęciach widać,że jest duża to na żywo stojąc przed ogromnym kościołem czapeczka wydaje się jakby z innej bajki. Mnie się skojarzyła z plastikowym kubeczkiem,w jakim można kupić kawę. Za to w środku znowu jest dobrze - nowocześnie,przestrzennie i pięknie. Jeżeli porównać go do Lichenia to dostaje dodatkowe 100 punktów,bo tamten moim zdaniem jest okropny - kicz,kapiące złoto i przerost formy nad treścią.

A w ten weekend znowu jadę zwiedzać i oglądać kościoły. U Koguta w pracy co roku organizowana jest pielgrzymka do Częstochowy i czasem dokładany jest dodatkowy dzień na zjazd w bok i zobaczenie czegoś ciekawego po drodze. W tym roku to Łódź i arboretum w Rogowie,zarówno jednym jak i drugim jestem żywo zainteresowana,mniej Częstochową ale myślę,że dam radę.

Teraz tylko pytanie w co się ubrać na drogę,bo znowu idą upały.

 

kura.d

Jeżeli jesteśmy tym co jemy to ja ostatnio jestem długa,obła i pełna wody jak ogórek albo cukinia. A za chwilę będę czerwona jak pomidor. Jednym słowem urodzaj. Codziennie rano stojąc z koszykiem w warzywniku podejmuję decyzję "co dzisiaj na obiad". Cukinia smażona,zapiekana czy w pasztecie,a może gołąbki - w lipcowej czy włoskiej kapuście? Albo dla odmiany jakaś zupa z buraczkiem czy fasolką szparagową?

Muszę przyznać,że całkiem miłe te dylematy,do tego stopnia,że na przyszły rok zobowiązałam Koguta by zrobił mi kilka skrzyń na podniesione rabaty i jeszcze odrobinę powiększę ogród. Wyłazi ze mnie baba ze wsi - szkoda mi miejsca na trawnik,jak już mam te parę metrów to niech będzie z nich wymierna korzyść. Trawę mam przed domem i wystarczy.

Marzenie o ogrodzie zimowym zamieniłam na marzenie o szklarni a raczej szklarence,na razie na bliżej nieokreśloną przyszłość,ale do zrealizowania.Teraz planuję kolejną rabatę,wzdłuż muru tuj - od dawna chciałam mieć hortensje, i jeszcze jeden mały projekcik,czyli płotek pomiędzy częścią wypoczynkową a bałaganem na tyłach domu. 

Ponieważ część rzeczy Kogut musi wykonać osobiście to dawkuję mu to szczęście i zdradzam swoje plany po kawałeczku,żeby się chłop nie przestraszył pracy. Na razie robi skrzynie,to tani projekt wykorzystujący deski z palet. Żeby było jeszcze taniej zamiast drewnochronu czy innego preparatu zabezpieczającego drewno użył jakiejś farby z odzysku i dumny z siebie zaprezentował efekt. O mamo,wyżerający oczy turkus? To będzie wesoły ogród. Tym bardziej potrzebuję płotka.

Na razie kupiłam nową beczkę na deszczówkę ale chwilowo niepodpięta do rynny,bo trzeba utwardzić miejsce pod rynną,a chłop zajęty jeszcze autem,nie poganiam,niech się nacieszy.

Jak widać telefon robi zdjęcia coraz gorzej,ale mniej więcej i beczkę widać i miejsce na hortensje.

Przy okazji wyjadania plonów objawiła się druga wada płyty indukcyjnej,mianowicie nie mam w czym pasteryzować słoików. Kociołek,w którym do tej pory to robiłam nie nadaje się na indukcję. Jednak na ogniu mogłam postawić wszystko,a teraz muszę kombinować. A pierwsza wada to taka,że nie potrafię/nie da się usmażyć frytek. Serio,nie wiem jak to zrobić,bo albo się gotują na breję albo palą. Na szczęście rzadko jemy frytki. Poza tym płyta ma same zalety - łatwo się czyści,szybko gotuje i nie ma tłustego osadu w mieszkaniu. Jedynie jak coś wykipi to trzeba zetrzeć od razu bo stuka. Nadają się wszystkie garnki,do których przyczepia się magnes,czyli najtańsze emaliowane też i nie ma potrzeby wydawania kupy kasy na drogie firmowe. A gotuje się jednakowo szybko,nie ma znaczenia czy w tanim czy drogim. Zużycie prądu sprawdzę po roku,na razie nie zauważyłam wzrostu,co w ogóle jest dziwne,bo przecież niewiele wcześniej doszła suszarka. Czyli rzeczywiście nowoczesne sprzęty są ekonomiczne. I jeszcze jedna wielka zaleta płyty - odkąd posiadam ani razu nie było tak,że nie mogłam użyć z braku prądu,a wcześniej z powodu skończenia się gazu w butli za każdym razem. Tak że tak, jestem zadowolona i polecam.

A teraz idę poczytać doniesienia z Woodstocku,bo tam podobno burze,grady,pioruny i ogólny armagedon. Od Kurczaka dostałam esmesa,że żyje i wszystko gra. Ale i tak myślę. 

kura.d

Jestem zmęczona,to tak z grubsza,bo jak próbuję przyglądać się temu co czuję bliżej to kłębi się we mnie więcej uczuć,ale samych na nie. Jakiś spadek formy. Ludzie mnie wkurzają,sytuacje dołują,upał dobija. 

Kupiliśmy samochód. Miał być nowszy i lepszy,a jest jaki jest. Trzynastoletnia Zafira,mechanicznie może być,ale syf nie z tej ziemi - jakby go nigdy nikt nie sprzątał,a wręcz hodował w niej kozy. Kogut nie chce oddać do prania,bo mu zaleją,uszkodzą,zniszczą chemią i nie wiem co jeszcze. Sam odkurza,myje i wietrzy.  

Kurczak Starszy. Wczoraj pojechał na Woodstock i dzięki bogu,bo w ostatnim czasie miałam ochotę wyrzucić go z domu. 

Kurczak Młodszy. Ten dostarcza rozrywek innego rodzaju. Sobotni wieczór spędziłam u chirurga,bo dziecko zapomniało,że jest wysokie i dla przypomnienia trzeba było założyć trzy szwy na głowie.

Reszta rodziny. Brat z ojcem pokłócili się o licho wie co i każdy obrażony,matka z byle czego histeryzuje,a siostra odkryła fejsbuka. 

Ja chcę na księżyc.

 

kura.d

Znowu mam kłopot z paznokciami,jakiś urok czy co? Długo próbowałam sobie sama pomóc,pewnie za długo. Potem korzystając z rady Fusilli poszłam do podologa,ale albo już było za późno,albo trafiłam na jakąś nowicjuszkę,bo ona też mi nie pomogła. Niedobrze. Możliwości wymówek mi się skończyły i z ciężkim sercem poszłam po skierowanie do chirurga. Wcześniej poszłam popytać ile by mnie ta nieprzyjemność kosztowała prywatnie,okazało się,że dwie i pół stówki to minimum,a możliwe,że więcej. Może gdyby przyjął mnie od razu to bym się zdecydowała,ale tydzień? Tyle samo czekałam w kolejce w poradni przyszpitalnej.

Co tam przeżyłam to moje - już na wstępie pan doktor zaproponował mi zdjęcie całego paznokcia. Myślałam,że zejdę,pot mnie oblał zimny a z paniki aż zdrętwiałam. Na szczęście zanim uciekłam z krzykiem zmienił zdanie i powiedział,że wystarczy kawałek. Na kawałek mogłam przystać,podpisałam papierek i usiadłam na stole. Szybciutko się położyłam jak tylko zobaczyłam,że szykuje zastrzyk znieczulający. Taki wielki zastrzyk na taki mały malec! Po zastrzyku nie czekając ani chwili zaczął ciąć. Zabieg dość bolesny,na szczęście krótki. 

Na razie jeszcze zakładam opatrunki i chodzę oszczędzając palec - wolałabym,żeby się zagoiło bez komplikacji,by już żaden chirurg nie musiał mi pomagać.

Co ciekawe czyjeś rany,skaleczenia czy zabiegi nie robią na mnie większego wrażenia,ale u siebie każda igiełka przyprawia o strach.

kura.d

Ponieważ od dawna śpię sama w sypialni to nie potrzebuję dostępu do łóżka z obu stron. Jakiś czas temu więc podsunęłam je pod ścianę, ale że łóżko jest dość duże to i tak zajmowało pół pokoju. Podrapałam się po brodzie i wymyśliłam,że jak przestawię je o 90 stopni i bokiem wepchnę pod skos to zyskam sporo podłogi. Jak wymyśliłam tak zrobiłam,przy okazji odkręciłam zawadzający zanóżek (to ta deska na przeciwko zagłówka) i poszłam spać.

Obracając łóżko zmieniłam przy okazji miejsce spania - do tej pory spałam po lewej stronie a teraz wypadło mi spać po prawej. Pierwszej nocy budziłam się co chwilę zdezorientowana i nie wiedziałam gdzie jestem. Kolejne noce to budzenie się nie tak często,ale jednak,coraz bliżej lewej strony. Od tygodnia nie przespałam spokojnie całej nocy. Ile czasu musi minąć,zanim przyzwyczaję się do nowego ustawienia? 

Strach teraz będzie kupić nowy materac.

kura.d

Jak jest ciepło to leżymy tak

a jak zimno i pada to wtedy tak (z tym,że ja mam swój kocyk)

i w zasadzie tyle

Młodszy Kurczak byczy się nad morzem. Nie dzwoni to chyba jest fajnie. Wychowawca też nie dzwoni i to dopiero jest fajne.

Starszy przeciwnie-ciężko pracuje. Znalazł pracę jako konsultant czy jak to nazwać,telefoniczny. W razie gdyby zadzwonił do Państwa z zaproszeniem na coś to proszę uprzejmie się zgodzić-Państwo nic nie stracą a dziecko zyska premię. Na razie nie idzie mu za dobrze wciskanie kitu-w ciągu ośmiu godzin pracy zaprasza 6-8 osób. A ile w zamian się nasłucha wyzwisk i rzucania słuchawką...

Z jednej strony takie doświadczenie też się przyda w życiu,z drugiej serce mnie boli.

Założył sobie konto w banku i struga bogacza. Kupił sobie solidny namiot na Woodstock i być może już w przyszły weekend go wypróbuje na Dniach Wędrowycza,bo tam też się wybiera.

Od nas to rzut kamieniem i sama z ciekawości bym skoczyła na moment ale kilka dni wcześniej mam umówioną wizytę u chirurga i podejrzewam,że następne dni będą mało mobilne. 

Z resztą o czym mówić,samochodu nie ma,to znaczy jest pożyczony,bo siostra Koguta wybyła na wakacje i zostawiła nam jeden ze swojej bogatej kolekcji,by jeździć do jej domu i podlewać kwiatki. Ale swojego nie ma i zaczynam myśleć,że już nie będzie. To znaczy staram się w ogóle o tym nie myśleć. 

Jest lato,słońce świeci,mam ogród-mam co robić. Do tego Kogut jest właśnie na urlopie i zaprzęgam go do każdej pracy,a po pracy chodzimy z psem na spacery i może to i dobrze,że nie ma tego auta,bo zaraz by nas gdzieś diabli ponieśli,a tu kwiatki trzeba podlać,z pomidorami pogadać,nową rabatę wymyślić. Przyjdzie zima to się będę martwić.

kura.d

20 lat minęło

Nie wiem czego sobie życzyć z tej okazji. Obyśmy dali radę trwać dalej.

A nawet 20 i kilka dni. Braliśmy dwa śluby w odstępie tygodnia,bo ostatni cywilny był o godzinie 14,a w kościele o 18. (Dlaczego nie chcieliśmy rano już nie pamiętam) Pan młody miał do domu 40 kilometrów i nijak mu było kręcić się w tę i z powrotem. 

Kilka dni wcześniej wynajęliśmy stancję,ale wprowadziłam się dopiero po weselu,tydzień między ślubami Kogut mieszkał sam. Do głowy mi nawet nie przyszło zamieszkać razem przed ślubem. Z naszymi charakterami pewnie rozstalibyśmy się szybko,a tak nie było wyjścia - trzeba się było jakoś dogadywać..

Do dziś pamiętam też swoją sukienkę,bardzo mi się podobała i była najtańsza na świecie. Koleżanka oddała mi swoją używaną,ja odprułam od niej górę,kupiłam metr koronki i znajoma krawcowa uszyła mi taką jak chciałam. W ogóle wtedy mało kto kupował suknie za miliony monet. Ja swoją też potem oddałam dalej. 

Szybko ten czas płynie. 

kura.d

Mam nowe okulary i odzyskałam sokoli wzrok. Aż mi się w głowie zakręciło jak je pierwszy raz założyłam. Trochę z tej ostrości a reszta to cena,bo tanie to one nie były. A wcale nie były najdroższe,mogłam drugi tysiąc dołożyć jak nic. Ale nie dołożyłam,może kiedyś jak wygram,albo dostanę niespodziewany spadek,na razie nie mam z czego dokładać. No dobra,nie narzekam,połowa grubości,jakieś super utwardzacze,filtry i dość lekkie. Szklane by już chyba oberwały uszy. A kiedyś tylko takie nosiłam. 

Jak już opadła pierwsza euforia (widzę twarze! widzę ceny! numer autobusu! widzę!) przestało mi się trochę podobać. Bo widzę też brudny dywan,zadzior na desce,dziurawy chodnik i pełno śmieci na nim,no ogólnie nie tylko te dobre strony widzę. A jak zobaczyłam dokładnie siebie w lustrze to zdjęłam te nowe i założyłam z powrotem stare okulary. Może słabe i porysowane ale jaki świat jest przez nie piękny!

kura.d

Kolejne suche lato. Niemal każdy deszcz mija nas jak nie jedną to drugą stroną. Dobrze,że omijają burze,ale wody bardzo brakuje. Do warzywniaka kupiłam taśmę kroplującą,bo co to za podlewanie konewką,a z kolei szlauchem leje się po liściach i też niedobrze. Trochę się rąbnęłam w pomiarach i nie wszędzie mi wystarczyła ale i tak jest o wiele lepiej.

Ten rok będzie rokiem kapusty - nic tak dobrze nie rośnie w ogrodzie,i nawet szkodniki jej nie przeszkadzają. A szkodników masa - najwięcej mszycy,ale i śmietki,i pchełki,i jeszcze inne draństwa. Za to wyniosły się krety i prawie nie widać ślimaków,zawsze jakaś pociecha. 

Pies przerzucił się z ogórków i cukinii na porzeczki i agrest i nie wiem czy dużo zdąży dojrzeć. Oprócz tego może jeszcze będą maliny,bo ani jabłek ani wiśni w tym roku nie ma. Muszę posadzić więcej drzew i krzewów owocowych,ale to za jakiś rok lub dwa,bo na razie Młodszy Kurczak kopie za domem piłkę. W ogóle mam plan na przeorganizowanie działki,jeszcze takie luźne pomysły,ale powoli będę coś zmieniać. Zacznę od przedogródka,bo tam mi ciągle coś nie pasuje. A potem tył na ile sił i pieniędzy wystarczy. 

Na razie robię to co zaczęłam wiosną - z ziemniakami już skończyłam,właściwie to ziemia się skończyła,teraz już tylko czekam na plon.

 W tym roku najbardziej dbam o pomidory,sama pozyskałam nasiona i wysiałam, a teraz chucham na nie i dmucham,chodzę jak koło dzieci,skubię wilki,obrywam dolne liście,podlewam i rozmawiam. Mam nadzieję,że się ładnie odwdzięczą. 

Z wydarzeń światowych to skończył się rok szkolny,Kurczaki przeszły do następnych klas,Starszy właśnie stał się pełnoletni,Młodszy chyba znowu urósł i wszyscy w dalszym ciągu chodzimy na piechotę. 

kura.d

Dobre wieści na początek tygodnia. U Koguta w pracy organizowana jest wycieczka do Wrocławia i Pragi,a są to miasta,które bardzo chcę zobaczyć. Już w zeszłym roku kombinowałam,jak tam dojechać pociągiem ale wtedy nie wyszło,oby teraz się udało. Mam trochę czasu by wzmocnić kondycję,bo ostatnio słabo u mnie z chodzeniem. A to palec boli,to kolano,to coś innego. Czas się wziąć za siebie. 

Pewnie za to nigdzie więcej nie pojadę,ale dla samej Pragi warto. Nie mówiąc o Wrocławiu,do którego wybieram się od ponad dwudziestu lat. Wtedy to byłam u koleżanki w Opolu,a stamtąd był tylko rzut beretem i dlaczego nie pojechałam nie wiem. Potem koleżanka się wyprowadziła w inne rejony świata a ja zostałam ze zmarnowaną okazją. To chyba mnie kole najbardziej.

A jak już wrócę to zacznę myśleć o wycieczce do Budapesztu,to też jest miasto,które bardzo chciałabym zobaczyć. Bo ja najbardziej lubię zwiedzać miasta. Okoliczności przyrody też bywają interesujące,ale mniej i dobrze,żeby były dość egzotyczne,bo jakieś tam pejzaże,góry,jeziora i lasy to owszem,fajne są,ale miasta są o wiele ciekawsze. Jedyne co mi się nie nudzi to widok na otwarte morze i fale na nim. Ale powiedzmy taka Afryka czy Nowa Zelandia to byłoby coś innego. Niestety poza moim zasięgiem.

W tym moim planowaniu muszę pokonać dwie przeszkody - jedna to finanse,a druga (może nawet gorsza) to Kogut. A obie połączone to góra nie do pokonania.

W związku z tym,że być może to nasz jedyny wakacyjny wyjazd i do tego autobusem Kogut się cieszy,że nie musi się śpieszyć z kupnem samochodu,jasne,bo on od trzech miesięcy żyje w pośpiechu.

W zasadzie nie jestem megierą,ot czasem mnie mocniej poniesie,ale rzadko i krótko,przeważnie jestem pogodna i łatwo się dostosowuję. Może jakbym mu codziennie ciosała kołki na głowie to poszłoby szybciej? Zauważyłam,że po każdej dyskusji intensywniej przegląda ogłoszenia motoryzacyjne. Czas ustawić w telefonie cykliczne przypomnienie "awantura o samochód".

A prawdę mówiąc sama już jestem ciekawa kiedy on się zdecyduje i na co.

kura.d

Chciałam być chytrą babą i nie wyszło,trochę to śmieszne,ale chyba bardziej wkurzające. Raz w życiu chciałam skorzystać z dopłaty NFZ do okularów,niby tylko 70 zł ale dobre i to. Zapisałam się do okulisty,odczekałam dwa miesiące i co? Pan doktor zajrzał w oczy,pochwalił sam siebie (5 lat temu to on przyklejał mi siatkówkę i za to rzeczywiście jestem mu wdzięczna) i kazał przyjść jesienią,wtedy da receptę. Kategorycznie,niemiło i bez dyskusji. 

Wyszłam z gabinetu skołowana i zła,z postanowieniem,że dopóki będzie mnie stać do okulisty będę chodzić prywatnie. Szkoda mi czasu i zdrowia. Nie wymagam rozścielania przede mną czerwonego dywanu,ale minimum zainteresowania pacjentem mogłoby być. Facet skutecznie zniechęcił mnie do wszelkich dopłat.

A porównując samo badanie z tym przeprowadzonym prywatnie mogę powiedzieć,że szybko,ubogo i byle jak. Do tego niekomfortowo,bo z atropiną. Nie znoszę atropiny.

U optyka już się dopytywałam ile będą kosztować moje szkła. Około 200,400 albo 1200 i chyba zdecyduję się na te środkowe. 

kura.d

W tym roku Starszy Kurczak ostatni raz obchodził Dzień Dziecka. Za kilka dni formalnie stanie się Kurczakiem Dorosłym a ja tak dobrze pamiętam chwilę jego wyklucia jakby to było wczoraj. Taki był mały i brzydki... na szczęście wyrósł i wyładniał.

Osiemnaste urodziny Kurczaka od jakiegoś czasu powodują u mnie lekki niepokój,bo dziecko sobie wymyśliło,że zamiast tradycyjnego obiadu z rodziną,tortem,balonikami i klaunem zaprosi kolegów na ognisko. Kogut temu przyklaskuje a ja oczami duszy widzę pędzącą na sygnale straż pożarną. Na taką imprezę zaprasza się 100 osób licząc,że przyjdzie połowa. 50 osób! Ja to chyba wszystkich znajomych tyle nie mam. Wersja ekonomiczna zakłada,że jak kto chce,to sobie sam przynosi coś do picia i jedzenia,wypasiona,że organizator coś tam szykuje i wtedy może liczyć na prezent. I tak taniej wychodzi,bo niektórzy robią osiemnastki jak wesela-w lokalach,z dj-em,z ciepłymi posiłkami i alkoholem. Obowiązują stroje wieczorowe, a dziewczyny robią paznokcie i fryzjera. Jak by nie było,ja wódki dzieciom na pewno nie kupię,bardzo się waham czy pozwolić na piwo. Na szczęście z Kurczakiem nie mam (jeszcze) kłopotów związanych z piciem. 

Po urodzinach zaczną się wakacje i kolejny mój stres - Przystanek Woodstock,na który nieopatrznie powiedziałam kiedyś,że Kurczak będzie mógł pojechać dopiero,jak dorośnie. No i kurde dorósł. Moja nadopiekuńczość popiskuje cichutko,ale pamięć podsuwa,że sama chciałam kiedyś pojechać do Jarocina. Ja nie pojechałam-dziecko za mnie nadrobi. 

I jeszcze Kurczak chce się zapisać na kurs prawa jazdy,z tą jego słabą koncentracją. To będą długie wakacje.

A Młodszy Kurczak? Ten to już od jakiegoś czasu czuje wakacje,nie uczy się,zakochuje i odkochuje,kopie piłkę i rośnie bez ustanku. Doszedł do 176 centymetrów i wygląda na to,że jeszcze urośnie. Chudy się zrobił i próba kupna czegokolwiek kończy się fiaskiem,bo albo krótkie albo z tyłka spada,albo wisi jak na patyczku. A je przy tym za trzech. 

Kilka dni temu pojechałam na bazar do większego miasta,żeby ubrać jakoś tę swoją rodzinę na lato. Obmierzyłam każdego dokładnie,bo Starszy Kurczak nie lubi chodzić do sklepów i on wszystko przymierzy,ale w domu. Młodszy z kolei do sklepu pójdzie,ale do mierzenia daj mu tylko jedną rzecz,bo więcej to on już nie chce. Kogutowi z kolei nie podoba się ten materiał,ta naszywka,ten fason i ta cena,i nawet nie pytaj czy przymierzy,ale jak sama kupię,to chodzi i chwali. 

No i kupiłam - Kogutowi bez problemu jakieś koszulki i spodnie,Starszemu Kurczakowi też się udało coś wybrać,tylko to chude nieszczęście zostało jak było. Zamówiłam mu kilka rzeczy w sklepie internetowym,jak nie będzie pasować to już nie mam pomysłu co zrobię.

Sobie też zamówiłam dwie sukienki,ale nie wiem gdzie ja w nich będę zadawać szyku,bo odkąd skończyłam angielski byłam w mieście dwa razy. Zapisałam się na kolejny poziom,ale to dopiero od września. Na razie dziczeję w swoich krzakach. Grzebię w ziemi,sadzę,plewię,podlewam i wieczorami padam bez życia.

O samochodzie ani słychu ani widu,Szwecja nie wypaliła,a na miejscu w dalszym ciągu nie ma nic odpowiedniego. Powoli tracę nadzieję,że do wakacji coś się ruszy. Teraz tylko czekam na cud. 

kura.d

Sucho,przydałoby się trochę wody z nieba,bo mi się już ręce do ziemi wyciągnęły od noszenia konewki. Poza konewką nic dziś nie robię,może dopiero wieczorem mi się coś zechce,bo na razie mam lenia i ni w polu ni zagrodzie. Skończyłam na razie rabatki,część bylin kupiłam,resztę podzieliłam z tego co miałam. Jakieś aksamitki tam jeszcze wsadzę i na ten rok będzie. 

Zdjęcia na wyobraźnię,ale widać,że coś rośnie. 

Mam jeden fajny koszyk na kwiaty i zastanawiam się co i jak w nim posadzić,żeby go ładnie wyeksponować. Kot tymczasowy.

 

Zostały mi do obsadzenia też inne skrzynki i pojemniki,ale na razie nie możemy dojść do porozumienia z Kogutem,gdzie je ustawić,bo wszędzie krzyczy,że będą przeszkadzały w koszeniu trawy. Jeszcze chwila i postawię mu na środku podjazdu.

Chociaż istnieje niewielka szansa,że w końcu uda nam się kupić samochód. W Szwecji. A wtedy podjazd do garażu znowu zacznie pełnić swoją rolę.

kura.d

Popracowałam trochę ostatnio,wieczorami ani rączką ani nóżką. Ale nie jest źle,poziom endorfin wysoki,szczęście tryska uszami i wszystko łatwiej znoszę.

A nawet wpadam na pomysły,na przykład kupię sobie skuter. Jazda na nim chyba nie jest trudniejsza niż na rowerze? Od kilku lat już tak myślę,ale w tym roku jestem bliżej realizacji niż kiedykolwiek wcześniej. Część pieniędzy będzie za rozliczonego w ostatniej sekundzie PITa,a resztę wezmę z kupki na samochód. No bo skoro Kogut w dalszym ciągu nie może się zdecydować czym chce jeździć... To niech chodzi na piechotę,ja na razie mam dość. Kiedyś jako dziecko pomagałam mamie nosić siaty i za każdym razem przyrzekałam sobie,że ja tak nigdy nie dam się wrobić. A teraz co? Kogut też czasem nosi,ale jego jak wyślę do sklepu to kupi chleb,mleko i parówki. No chyba,że ma kartkę,ale i tak połowy nie znajdzie na półkach.

Inny mój pomysł dotyczy podwórka. Zainspirowana zdjęciami w necie postanowiłam posadzić kilka bylinek pod drzewami,a właściwie pod pieńkami po drzewach. Jeden jest wyjątkowo niewyględny i już miał iść pod siekierę,ale jeszcze się przyda. 

Drugi nieco lepszy. Podsadziłam go bluszczem,ale opornie idzie,może z kolorowymi kwiatami wokół będzie ładniej.

Zagoniłam Koguta do roboty i mam początek nowych rabatek. Na razie dwie,ale myślę o jeszcze jednej. Ale wszystko bez pośpiechu,bo jakoś sił mam ostatnio mniej. W głowie niby fiu-bździu,a tyłek coraz cięższy. Najwięcej bym zrobiła oczami. 

Kogucisko wykazało się większą pracowitością i zbiło mi z palet dwie skrzynie na kwiaty i mam teraz sporo różnych pojemników,a że każdy z innej parafii to pomalowałam wszystkie na biało,właściwie prawie wszystkie,bo zastanawiam się jeszcze nad starymi donicami plastikowymi czy by ich też nie machnąć farbą. Tylko skąd wziąć tyle kwiatów?

W tym roku więcej czasu zajmuje przyzwyczajenie się skóry do słońca i ciągle jeszcze pojawia mi się pokrzywka. Niestety mam jakiś rodzaj fotoalergii i co roku przechodzę od nowa proces adaptacji. Próbowałam smarować się filtrami,ale to tylko przedłuża sprawę,muszę po prostu przeczekać niemiłe wiosenne objawy. Dobrze,że chociaż dzieci mają po ojcu ciemną karnację,biała skóra to zuo.

Tak,że tak. Robię,pracuję,zaiwaniam i zasuwam. Ale tylko do upałów,w upały będę leżeć pod wiatrakiem,jęczeć i marudzić. A może lata nie będzie?

 

kura.d

Hura,znowu tu jestem. Padła mi myszka,bo przecież idzie serią. Mało tego,kilka dni temu wyciągając pranie z suszarki zobaczyłam,że bardzo ładnie wyprałam Kogutowi pendriva. Nie wzruszyło mnie to szczególnie,bo u nas każdy ma obowiązek wyjąć wszystko z kieszeni przed wrzuceniem ubrań do kosza. Nie ma,że boli.Dzieci są wyszkolone,gorzej ze starym - najczęściej zostawia chusteczki higieniczne,ale inne rzeczy też się zdarzają. Najpierw się zdenerwował widokiem,ale potem ucieszył,bo okazało się,że pamięć działa. Czyli suszarka zbiera nie tylko kłaczki i nitki,polecam też zamiast ryżu. Teraz tylko czekać czy zła passa się odwróciła,czy jednak dotyczy tylko mnie. Oby jednak to pierwsze. 

Ostatnio moja cierpliwość ogólnie wystawiana jest na różne próby. Dajmy na to takie Kurczaki. A taki Starszy Kurczak szczególnie mnie sobie upodobał. Na razie staram się wychodzić z domu,ale jak jest zimno,to nie zawsze się da. Bo Kurczak uczy się grać. Nasza rodzina jest muzykalna a dokładnie pół rodziny - czyli Kogut (ładnie śpiewa i potrafi grać ze słuchu na różnych instrumentach) i Młodszy Kurczak (ma słuch,szybko uczy się grać,ale nie lubi i nie używa) Za to Starszy Kurczak i ja lepiej,żebyśmy nie wydawali z siebie głosu. Ja nie wydaję, Kurczak przeciwnie. Do niedawna jako rasowy metal ryczał growlem,co akurat słuchu nie wymaga,a u słuchaczy nawet wskazana jest głuchota całkowita. Ale teraz zaczynają pojawiać się inne rodzaje muzyki,a wraz z nimi tak zwany śpiew. O matko... a mało tego,chce na czymś grać. Był pomysł kupna perkusji,na co cieszyli się pozostali chłopcy (po moim trupie),jakiś czas brzdękania na gitarze,na klawiszach,a od wczoraj mamy harmonijkę ustną. Rozumiem,że każdy zaczynał od takich dźwięków,ale na boga,za jakie grzechy u mnie w domu! 

Młodszy Kurczak za to uporczywie depcze i łamie ogród. Bo triki w nogę nie nauczą się same.

Ale nie narzekam (czekam tylko na chwilę,kiedy dorosną i pójdą na swoje ;)

Czym wobec tego jest dla mnie śnieg w maju? Miłym urozmaiceniem od ostatnio panujących upałów...

kura.d

Do wszystkich strat mogę doliczyć następną - padł mi tablet. A już się do niego przyzwyczaiłam, podłączałam sobie klawiaturę,myszkę i śmigałam. Kogut złożył z dwóch starych komputerów jeden,ale stary+stary nie równa się nowy. Na razie nie robię dużego rabanu,bo i tak mam mniej czasu na siedzenie na tyłku, a i odwyk mi się przyda. Tablet na szczęście na gwarancji,ale to już druga naprawa i widać,że do kitu jest ten sprzęt. Dopóki nie kupimy samochodu nie mogę planować innych zakupów a na kupno ciągle nie widać perspektyw. Ale o tym już pisałam.

Warzywa mam posiane,trawę skoszoną i teraz tylko leżeć i wąchać co przyroda produkuje. Założyłam w tym roku eksperymentalną uprawę ziemniaków w workach,miało być tego więcej ale cały kwiecień pogoda nie sprzyjała a co to za sadzenie kartofli w maju. 

Zdążyłam się już opalić i zostałam pogryziona przez meszki. Chyba ta wiosna w końcu przyszła.

© kura w domu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci