Menu

kura w domu

nudziłam się i założyłam bloga

kura.d

Wiosny mi się chce,wyszedłby człowiek na słońce,wygrzał kości,humor by sobie poprawił. Tego ostatniego mi trzeba,bo jeszcze chwila a ze swoim dołem dotrę do środka ziemi. Ale też i nie bardzo mam się z czego cieszyć - ciągle mam kłopot z chodzeniem i siedzeniem,i oba dokuczliwe. Do autobusu zamiast jak wcześniej 10 minut szłam 25,a i to ostatnie 200 metrów z dwoma odpoczynkami i chęcią zawrócenia do domu. Dwa razy się tak wybrałam,ale to bez sensu,bo nie daję rady iść sama (po kilkuset metrach wręcz zaczynam powłóczyć nogami i idę jak stary dziadyga),a co dopiero mówić o jakichkolwiek zakupach. Na dodatek boję się śliskiego,wystarczy,że sobie wyobrażam upadek na tyłek i od razu cofa mnie do środka. 

Na szczęście Kogut mnie wozi jak księżniczkę gdzie mi się zamarzy i ostatnio zażyczyłam sobie sklep ogrodniczy i zakupy nasienne. A jak nie przestanie boleć do zasiewów to chyba mnie szlag trafi. 

 

kura.d

Doszłam do siebie na tyle,że mogłam się w końcu udać na prześwietlenie. Mam osteofity (to chyba bracia tych z kolana),coś zwężone i do tego skoliozę. A o tym to nic nie wiedziałam,garb mi na tyłku urośnie czy co? Zdjęcie obejrzał mój lekarz,skrzywił się i kazał iść na rehabilitację i do neurologa na dalsze badania. Do poleconego specjalisty termin na koniec kwietnia, na fizjoterapię listopad. Od razu wyzdrowiałam.

Gdyby nie to,że czuję jakbym miała lekki niedowład i chodzenie mi nie idzie to pewnie bym odpuściła ale w tej sytuacji od przyszłego tygodnia pewnie pójdę prywatnie - seria trzech zabiegów to mniej więcej dwie i pół stówki,ale co mam zrobić. 

A poza tym Kurczaki zaczynają ferie i coś czuję, że albo ktoś zginie albo oszaleje. A wszystko to głównie przez Starszego,który testuje swoją dorosłość w różny sposób i chociaż częściowo to rozumiem to wcale nie chcę na to patrzeć. Im więcej wolnego tym gorsze rzeczy mogą przyjść do głowy. 

A jak pomyślę, że czeka mnie jeszcze raz to samo (albo gorsze) to grozą wieje. Że nikt mnie nie ostrzegł. 

 

kura.d

Początek tego roku jest do dupy i to w dość dosłownym znaczeniu,bowiem ból pleców wyewoluował w rwę,a jakby ktoś nie wiedział to teraz boli między innymi w tyłku. Atrakcji bólowych miałam przy tym znacznie więcej i skłoniło mnie to w końcu do udania się do lekarza po pomoc. Pomoc okazała się na tyle skuteczna,że poruszam się już po chałupie bez stęków i jęków,a także coraz mniej poleguję jak kłoda. Mam skierowanie na prześwietlenie, a potem pewnie poszukam fizjoterapeuty. U mnie w rodzinie wszyscy mają popsute kręgosłupy,to niby dlaczego ja miałabym być wyjątkiem.

Przy tym przymusowym unieruchomieniu (serio,jak się znajdzie w końcu pozycję,w której najmniej boli to zastyga się w bezruchu) naszła mnie pewna refleksja. Od kilku dni nie wychodziłam z domu,ale tak bywało też jak byłam zdrowa,a mimo wszystko poczułam się jak w więzieniu,jakby ktoś odebrał mi wolność. "Nie muszę" to zupełnie co innego od "nie mogę". Przewrotnie jak się nie może to się bardzo chce.

Za to nadrabiam czytelniczo i okazuje się,że kupiłam jeden tom z serii Cherezińskiej,wciągnął mnie,a reszty nie mam. No to musiałam usiąść do komputera,by dokupić następne. A jak już siedzę (na brzegu krzesła,bo z tym tyłkiem to wiadomo) to i coś napisałam.

A ty roku popraw się,bo kiepsko cię będę wspominać. 

kura.d

Kolejny rok,ale nie ma się co tak nakręcać,bo rok nowy ale cała reszta stara. Dlatego nie bardzo mam co podsumować ani też nic nowego nie zakładam. Oby nic gorszego nie było to da się żyć.

W ten nowy kalendarz weszłam z infekcją,może nie śmiertelną ale dość upierdliwą. Na szczęście powoli mija i myślę,że jeszcze kilka dni pokaszlę i całkiem przejdzie. Mam tylko nadzieję,że nie na dzieci,bo z ich astmą to może być trochę słabo. Poza tym zaraz półrocze w szkole,a oni też mają trochę niezałatwionych spraw. 

Starszy Kurczak w tym tygodniu będzie miał ważny egzamin zawodowy i czasem wątpię czy zda. Jego nauczycielka też wątpi,a to już brzmi poważnie. Chociaż przy prawie jazdy też się martwiłam,a okazało się,że wszystko zdał od razu z maksymalną liczbą punktów. Teraz też mogę tylko czekać na wynik. Czasem żałuję,że namówiłam go na technikum,bo duży nacisk kładzie się na przedmioty zawodowe,a ogólnych jest dużo mniej niż w liceum. Bo kolejne moje zmartwienie to - jak on zda maturę. Ale to dopiero za rok,a przedtem te nieszczęsne dwa zawodowe. Chociaż może nie tym powinnam się denerwować,bo Kurczak zaczyna przebąkiwać,że w zawodzie nie będzie pracował,za to pójdzie na coś innego. Chodzi mu po głowie ratownictwo albo fizjoterapia. Znaczy,dużo kolejnych zmartwień przede mną.

Zaczynam też myśleć z niepokojem o Młodszym Kurczaku,który najwyraźniej uznał,że dorastanie ma swoje prawa i całkiem nieźle rozrabia w szkole. Nie ma tygodnia bez telefonu od wychowawcy. Bij człowieku głową o ścianę,bo rozmowy nic nie dają. Na lekcjach albo gada albo buja w obłokach,za to na przerwach biega po korytarzu,krzyczy i wygłupia się. A że nie tylko on tak robi to klasa ma opinię najgorszej w szkole. Na dodatek wyraźnie opuścił się w nauce i nie wiem czy tak mu zostanie czy to przejściowe,bo za rok trzeba będzie wybrać szkołę średnią i pytanie czy będzie chciał się uczyć czy nie. A do średnich szkół pójdą dwa roczniki i na pewno nie będzie łatwo dostać się do tych lepszych.

Kogut za to chyba się starzeje bo nic mu się nie chce,niczego nie potrzebuje i w ogóle czego ty się babo czepiasz. Albo inaczej - jak mnie będziecie tak denerwować to spakuję walizę i sobie pójdę.

Dobra,ja rozumiem,że zima,że nic się nie chce tylko po pracy zjeść obiad i uwalić się na kanapie,ale czasem z tej kanapy trzeba zejść i coś zrobić. Zepsuła się pralka,to wezwij fachowca (tak,umiem sama,ale nie o to chodzi) albo sam zajrzyj,bo coś tam trochę się znasz. Dopiero jak się skończyły facetom skarpety i groźba ręcznego prania zaczęła być naprawdę realna, zajrzał. Porozkręcał,pomamrotał,sklął i naprawił. Na razie działa. A Kogut wrócił na kanapę i przez jakiś czas dam mu spokój. Za kilka dni przypomnę o świetle pod szafkami co mi je obiecał ponad rok temu. A potem znowu coś wymyślę. 

Nowy rok,ale życie ciągle to samo.

kura.d

Od jakiegoś czasu blox robi takie cyrki, że odechciewa mi się cokolwiek w nim robić. Doskonale się przy tym wpisuje w resztę rzeczy, które przestają działać po kontakcie ze mną.

Od świąt bowiem zepsułam łóżko, ścianę, pralkę i internet. Nie,żeby specjalnie - samo tak wyszło. Z łóżka oderwałam zagłówek,wylazł razem ze śrubami,nawet nie bardzo musiałam się starać. Żeby nie był tak pieruńsko ciężki to bym go od razu wywaliła,ale że mnie plecy ciągle bolą to dosunęłam dziada do ściany,do niego łóżko i stoi. Gorzej jak następnym razem zapomnę o nim i mnie przygniecie.

Po łóżku zepsułam tapetę na ścianie bo okazało się,że prawie cały klej wysechł i wystarczyło dotknąć,żeby mi spadła na głowę. Zerwałam resztę i mam teraz kawał ściany do pomalowania,ale dopóki mi te plecy nie przejdą to paluszkiem nie kiwnę.

Potem to samo było z pralką - wystarczyło dotknąć. Tym razem nawet nie mógł to być nikt inny,bo tylko ja piorę. Mam nadzieję,że to nic poważnego,bo nie uśmiecha mi się teraz duży wydatek.

A internet to nie wiem dlaczego się popsuł,przeniosłam tylko router w inne miejsce.

Staram się niczego więcej nie dotykać,nawet Starszego Kurczaka odesłałam do ojca jak przyszedł pytać czy może wziąć samochód. Jeszcze co się zepsuje i znowu będzie na mnie. 

Z tego niedotykania planuję zrobić mały prywatny pożytek. Przed świętami niemal w każdej księgarni były różne promocje i obniżki. Z kilku skorzystałam i obkupiłam się ebookami,potem jeszcze znalazłam co nieco pod choinką i teraz potrzebuję dużo wolnego czasu by wszystko przeczytać. I zdaje mi się,że jeszcze trochę znajdę dodatkowego czasu wolnego. W okolicy panuje wirus,dwa tygodnie temu przyniósł go do domu Kogut,a teraz ja zaczynam czuć pierwsze symptomy. Główne objawy to paskudny i uciążliwy kaszel,a najlepszą metodą wyleczenia to nieprzemęczanie się. 

W jednej ręce książka,w drugiej kubek z herbatą - tak planuję wkroczyć w nowy rok. Co może pójść nie tak? 

kura.d

Jestem zmęczona,zniechęcona,zła i obolała. Bolą mnie plecy i drętwieje noga,być może to przyczyna wszystkich złych emocji,trochę też przygnębienie z powodu sytuacji u przyjaciółki,a do tego wszystkiego znowu zaraz święta. Jakim sposobem znowu jest Boże Narodzenie jak dopiero co było. Ten czas nie ma żadnego umiaru. Brakuje mi energii i optymizmu. Wszystko mnie złości albo smuci. 

Nie mam ochoty na przygotowania do świąt,ale wigilię dla 10 osób muszę zrobić. W tym roku czuję wyjątkową niechęć do goszczenia się z rodziną i gdyby im chociaż trochę na mnie zależało to daliby mi spokój. Ale tradycja dla nich ważniejsza,a tradycja to cała rodzina w kupie i obżarstwo przy stole. Rodzinę widzę na codzień i świętem byłby dla mnie odpoczynek od ich widoku. Sprzątać też nie będę,bo to robię na bieżąco,a trochę kurzu i kilka pająków na suficie jeszcze nikogo nie zabiło. 

Muszę coś ze sobą zrobić,bo jest źle - dziś rano zaczęłam wymyślać powody żeby nie iść na angielski,a ostatnio to była moja jedyna i duża przyjemność. Dużo śpię ale ciągle jestem niewyspana i zmęczona. Nie mogę się skupić,mam chaos w głowie,zaczynam coś robić i nie kończę tego. Pogrążam się w czarnej dziurze. Szkoda,że nie da się w niej zakrzywić czasoprzestrzeni i zrobić kolejnej wiosny. Może wtedy przybędzie trochę nadziei.

kura.d

Byłam na pogrzebie Chłopca.

Najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca ceremonia pożegnalna nie sprawi,że Chłopiec wróci,ani jego odejście nie będzie dla nas łatwiejsze. Nie umiem pogodzić się z jego śmiercią,nie wiem jak poradzą sobie z tym jego rodzice. Każde z nich stratę przeżywa odmiennie - matka dzieli się swoim bólem,opowiada o ostatnich chwilach syna,o jego cierpieniu,o trudnych momentach. Ojciec przeciwnie - zamyka się w sobie i tylko czasem pozwala sobie na chwile słabości. Trudno mi było zostawić ich i wrócić do domu. Duchem ciągle jestem z nimi.

Układam myśli w głowie,przestawiam priorytety,zastanawiam się co jest naprawdę ważne. 

kura.d

Niestety,chłopiec zmarł. Co można napisać więcej,nie ma takich słów,które oddałyby smutek i żal. Chcę pojechać na pogrzeb,mam nadzieję,że nic mi nie stanie na przeszkodzie,ale ponieważ to prawie jeszcze tydzień to nie mogę być pewna. Autobus jedzie bez mała dobę,to bardzo męczące,dlatego z niechęci do tak długiej podróży nie byłam jeszcze nigdy u nich w domu. Teraz żałuję,że dopiero te okoliczności zmuszają mnie do odwiedzin. 

Muszę się jakoś zorganizować,pomyśleć co ze sobą zabrać,jak się ubrać. Nie mogę też od razu kupić biletu powrotnego,bo nie jestem pewna którego dnia będę wracać. Na dodatek autobus nie dojeżdża do miejscowości,w której mieszkają moi przyjaciele i będę musiała dotrzeć tam sama. Niemiecki już dawno uciekł mi z głowy,a angielski jest na tyle słaby,że zostaje mi tylko nadzieja na spotkanie po drodze dobrych ludzi,którzy mi pomogą. Tak to jest,jak człowiek całe życie nie wychyla nosa z prowincji. Ale dam radę.

kura.d

Trudno mi ostatnio sklecić jedno zdanie, nie wiem od czego zacząć i jak to powiedzieć by tak nie bolało - chyba się nie da. Syn mojej przyjaciółki umiera. Pod koniec wakacji złapał jedną infekcję,potem drugą,po kolejnej diagnoza - białaczka. Po pierwszej chemii było lepiej i nadzieja na wyzdrowienie rosła,niestety,krótko potem zaczęło być źle,a potem tylko gorzej i gorzej. W tej chwili jego organizm powoli się poddaje i z każdą chwilą chłopiec coraz bardziej się od nas oddala. Żeby ulżyć jego cierpieniu lekarze wprowadzili go w śpiączkę farmakologiczną ale zaczynają mówić o tym,by przygotować się na jego śmierć.

Jak ulżyć cierpieniu jego rodziców? Jak można to przeżyć i żyć dalej? Nie ma nic gorszego niż patrzeć na cierpienie i śmierć swojego dziecka.

Chłopiec w wieku moich Kurczaków,widziałam go ostatnio na wakacjach,opowiadał z zapałem o swoich planach i marzeniach. Tego dnia,w którym dowiedział się o chorobie płakał i krzyczał,że nie chce umierać. Potem pytał z żalem dlaczego on i co złego zrobił. 

Codziennie umierają dzieci,codziennie komuś pęka serce. 

kura.d

Czas pędzi i wcale na mnie nie czeka. Jakaś mało ogarnięta jeszcze jestem po wakacjach,a tu szkoła,jedna i druga,jakieś zebrania,zajęcia po lekcjach,prawo jazdy Starszego,mój i Młodszego Kurczaka angielski,a do tego ni z tego ni z owego przychodzi nowy nauczyciel muzyki,przynosi gitarę,gra i śpiewa, i nagle Młodszy Kurczak gwałtem żąda,żeby go nauczyć,bo też tak chce. Szkoda odmówić,bo muzykalny po Kogucie i nawet jak zapał okaże się słomiany to coś w palcach zostanie. Szukaj teraz człowieku szkoły,nauczyciela i gitary. Dobrze,że fortepianu nie chce.

Oprócz obowiązków były,jak też i będą przyjemności. Najbliższa taka to ślub mego brata,rodzina zaskoczona,a miny jego dzieci wręcz bezcenne. Ja tam się cieszę,bo obie jego żony lubię i mogę się przyznać,że sama go do ślubu namawiałam. Jestem w trakcie produkcji prezentu i jak złożę to się tu pochwalę.

Ślub był też dobrym pretekstem do skompletowania odzieży wyjściowej dla Kurczaków. A że ubieranie odbyło się w outletach to nawet nie bolało za bardzo (marynarka ze spodniami firmy Próchnik dla Młodszego kosztowała 50 złotych,kocham takie ceny) Za to przykra wiadomość jest taka,że jak Starszy Kurczak będzie dalej się poszerzał czeka go szycie na wymiar. Tym razem jeszcze się udało dzięki dodatkowi elastanu,ale nie wiadomo,na jak długo to wystarczy.

A ja sobie zamiast szmat (tych i tak mam nadmiar) kupiłam w prezencie urodzinowym smartfona.  Właściwie powinnam tu hau,hau,odszczekać co mówiłam o samsungach,ale może nikt nic nie pamięta. Szarpnęłam się na nowy J7 i jestem bardzo zadowolona,jest skrojony pode mnie. Wszystko ma duże - ekran 5,5 cala,3 GB RAM i 3600 mAh baterii. Może nie jest tak wypasiony jak seria S ale ma wszystko co mi trzeba. Nic się nie zacina,śmiga jak złoto i tylko zdjęcia jeszcze żadnego nim nie zrobiłam. 

Skończyłam 45 lat,ale nie zabolało. A nawet jakby lepiej.

 

kura.d

Tydzień września? Już? Przecież dopiero wróciłam z wycieczki i jeszcze nic nie napisałam. To piszę.

Muszę tam wrócić. Czuję niedosyt,jednodniowe wycieczki do Pragi powinny być zabronione. Na dodatek w deszczu. Już postanowiłam i nawet zaczęłam realizować,odkładam na prawdziwy pobyt w tym mieście. W przyszłym roku czy za dwa - ale jeszcze tam pojadę. 

Cztery miasta w cztery dni - maraton. Coś się zmieniło - wolę mniej miejsc ale spokojniej i dokładniej. Muszę mieć czas by odetchnąć miejscowym powietrzem. To nie tak,że żałuję. Ale chcę więcej. W Dreźnie zrezygnowałam z galerii malarstwa by mieć więcej czasu na pójście za róg,a potem za kolejny. Mówiłam,że lubię miasta? Nie tylko zabytki i szlaki dla turystów.

Drezno będę wspominać mile też z innego powodu - po raz pierwszy porozumiałam się z kimś po angielsku. Taki mój prywatny mały sukces i nie szkodzi,że tylko kilka nieporadnych zdań. Dziś po wakacjach miałam kolejną lekcję i każdemu nauczycielowi życzyłabym tak zmotywowanych uczniów jak ja.

Po każdym z odwiedzonych miast oczekiwałam czegoś innego i czasem dostawałam mniej a czasem więcej niż chciałam.

Nie ma dużo zdjęć,bo  prawie wszędzie ktoś. Miasta trzeba oglądać o świcie,kiedy ludzie jeszcze śpią,a nie w południe kiedy snują się i wchodzą w kadr. 

Szklarska Poręba. Tam raczej jedzie się dla górskich szlaków i widoków.

Ale nawet widoki nie zawsze są dostępne,na przykład taki Wodospad Kamieńczyka jest czynny do 17. Potem zamykają furtkę i szlus-koniec patrzenia. Doszłam na górę piętnaście po,to wiem co widziałam.

W Pradze się zakochałam. A jak zakochałam się w deszczowej to co będzie jak zobaczę słoneczną?

zaplątany w Pragę Wrocław (nie umiem go przenieść na dół,gdzie jego miejsce;)

Nawet ja piłam czeskie piwo. Zresztą nie tylko czeskie... 

Po Dreźnie nie spodziewałam się fajerwerków,ale było miło i ciekawie. Dużą rolę odegrał przewodnik - z ogromną wiedzą,o wyważonych poglądach i opowiadający z wielką swadą. Pod koniec dnia byłam gotowa mu się oświadczyć i strasznie żałowałam,że nie był z nami w Pradze. Mieliśmy trzech różnych przewodników,z czego najgorszy był właśnie w Pradze,najlepszy w Dreźnie,a najweselszy we Wrocławiu.

 Ostatni dzień to Wrocław,po którym też więcej się spodziewałam niż dostałam,bo przewodnik chociaż miły,wesoły i elokwentny przeciągnął nas jedynie po kościołach,przez Rynek (niektórzy próbują porównywać Rynek zamojski do wrocławskiego,ale nie dajcie się zwieść,widziałam oba i ten pierwszy choć też ładny zostaje w tyle) do rotundy. O Panoramie Racławickiej rozmawiałam kilka dni wcześniej z koleżanką i ona poprosiła mnie bym nie szukała informacji w sieci,ale bym dała się zaskoczyć. To się dałam. Ło panie,robi wrażenie. A na takich jak ja lekko ślepawych tym bardziej,bo weź zobacz człowieku co malunek a co żywy krzak. Do Wrocławia też wrócę.

w1w3w5w4w2

 w6

 Ten krasnal to ja - z aparatem latałam jak z pieprzem,ale to podobno tak się ma jak się mało w życiu widzi.

Ps. nie mam siły do bloxa,nie dość,że kilka razy mnie wylogował i połowę skasował,to jeszcze pomieszał zdjęcia

 

 

 

 

 

kura.d

Tydzień temu zapowiedziałam kontrolę czystości u Kurczaków,dziś mija termin i kiedy zaczęli sprzątać? Przed chwilą. W części pokoju Starszego nie widać już podłogi spod ubrań,a w biurku odkryłam stare rzeczy jeszcze z gimnazjum. Po stronie Młodszego z kolei pełno zabawek,z których już wyrósł i też trzeba się ich pozbyć. Mieli tydzień na spokojne ogarnięcie całości,ale zdecydowali się zrobić wszystko w ostatniej chwili. Będę zdziwiona jak im się uda.

Te generalne porządki są po to,żeby łatwiej było potem wejść z malowaniem bo pokój zaczyna wyglądem i zapachem przypominać jaskinię ogra,a nie dwóch miłych chłopców i trzeba przywrócić mu pierwotną funkcję. Po powrocie z wycieczki zarządzę odpowiednie czynności ale już powinnam naszykować się na czynny i bierny opór męskiej części rodziny. Czasem ciekawa jestem do jakiego stopnia brudu by doszli gdybym ich co jakiś czas nie ścigała. Kogut ze swoim zbieractwem i chłopaki z niechęcią do sprzątania. Ale dopóki mieszkam z nimi nie zobaczę.

A co do wycieczki to zaczynam się trochę obawiać,bo podobno koledzy Koguta szykują się na ostre picie,a Ptak nie z tych przesadnie asertywnych. Zobaczymy,kto z jakimi wspomnieniami wróci.  

kura.d

Dziś będzie o zwiedzaniu. W sumie to zdjęcia będą,bo pisanie mi ostatnio nie idzie. A okazje do zwiedzania zdarzają się ostatnio co tydzień,na przykład dzisiaj zwiedzałam Ikeę i jakieś inne sklepy z odzieżą,wyposażeniem wnętrz i spożywką. A jak mnie nogi po tym bolały...

Tydzień temu też zwiedzałam,trochę dalej od domu i nieco większy kawałek świata.

Zaczęło się od pałacu w Nieborowie

Jedno z niewielu dobrze zachowanych,z oryginalnym wyposażeniem muzeum (pałac znany z Akademii Pana Kleksa) Kilka kilometrów dalej piękny ogród angielski w stylu romantycznym w Arkadii. Co prawda mnie tam nie kręcą romantyczne ruinki, groty, posążki czy świątynie ale jak kto ma czas pospacerować można.

Zakręciło mną za to arboretum. Że ja kiedyś myślałam,że nie lubię drzew? Albo że się nie znam? W Rogowie okazało się,że drzewa są wspaniałe a moja wiedza o nich wcale nie należy do takich małych (przynajmniej w porównaniu z resztą wycieczki)

Z resztą nie tylko drzewa tam są,bo i krzewy,i alpinarium i kolejka wąskotorowa. Cudowne miejsce i bardzo żałuję,że tak daleko ode mnie.

Kolejny dzień to Łódź i zdecydowanie za mało czasu na oglądanie. Widać,że miasto stara się odnawiając,remontując i podkreślając historię miasta. Nowoczesny dworzec Łódź Fabryczna też robi wrażenie 

Albo Manufaktura, Księży Młyn czy Piotrkowska

Udało nam się zwiedzić Muzeum Kinematografii w pałacu Scheiblera (za to nie byliśmy w pałacu Poznańskiego-szkoda)

Dobrze,że nie mam tyle pieniędzy co dawni właściciele bo może też by mi wpadło do głowy stawiać takie piece czy kredensy.

Ostatni dzień to Jasna Góra

Miałam ochotę na zwiedzanie fabryki zapałek,ale współuczestnicy skutecznie mi to uniemożliwili. 

A już w czwartek jadę na kolejne odkrywanie nieznanego. Praga,Drezno i Wrocław. Ja to mam klawe wakacje.

 

 

 

 

 

kura.d

W końcu i dla mnie zaczęły się wakacje.

Ostatni weekend spędziliśmy w Warszawie u Przyjaciół,a ponieważ zawsze jak u nich jesteśmy zwiedzamy przy okazji miasto to były dwa pracowite dni - buzie się nie zamykały,a nogi niemal bez przerwy gdzieś dreptały. Tym razem widzieliśmy rzeźby ze stali w Pałacu Kultury i chociaż to wyjście było przeznaczone głównie dla Młodszego Kurczaka to wywarło ogromne wrażenie na nas wszystkich. Niesłychana precyzja wykonania,estetyka i materiał,z którego zostały wykonane figury sprawiają,że wystawa jest atrakcją dla dzieci i dorosłych. 

Oprócz tego byliśmy w Muzeum Żydów Polskich,na Kopcu Powstania Warszawskiego,spacerowaliśmy po ogrodach w Wilanowie i na koniec obejrzeliśmy Świątynię Opatrzności Bożej. Głównie z ciekawości,bo czytałam dużo złych opinii,że droga,brzydka,beton,że w środku hala sportowa,makabryła.

Muszę powiedzieć,że jeżeli coś może budzić mieszane uczucia to jest to właśnie ten kościół. Podoba mi się beton,wielkość,prostota i surowość projektu. Według mnie dobrze się wpisuje w nowoczesne otoczenie,spory pusty plac wokół dodatkowo podkreśla kanciastość budynku. Zupełnie za to nie pasuje miedziana kopuła na budynku,bo o ile na zdjęciach widać,że jest duża to na żywo stojąc przed ogromnym kościołem czapeczka wydaje się jakby z innej bajki. Mnie się skojarzyła z plastikowym kubeczkiem,w jakim można kupić kawę. Za to w środku znowu jest dobrze - nowocześnie,przestrzennie i pięknie. Jeżeli porównać go do Lichenia to dostaje dodatkowe 100 punktów,bo tamten moim zdaniem jest okropny - kicz,kapiące złoto i przerost formy nad treścią.

A w ten weekend znowu jadę zwiedzać i oglądać kościoły. U Koguta w pracy co roku organizowana jest pielgrzymka do Częstochowy i czasem dokładany jest dodatkowy dzień na zjazd w bok i zobaczenie czegoś ciekawego po drodze. W tym roku to Łódź i arboretum w Rogowie,zarówno jednym jak i drugim jestem żywo zainteresowana,mniej Częstochową ale myślę,że dam radę.

Teraz tylko pytanie w co się ubrać na drogę,bo znowu idą upały.

 

kura.d

Jeżeli jesteśmy tym co jemy to ja ostatnio jestem długa,obła i pełna wody jak ogórek albo cukinia. A za chwilę będę czerwona jak pomidor. Jednym słowem urodzaj. Codziennie rano stojąc z koszykiem w warzywniku podejmuję decyzję "co dzisiaj na obiad". Cukinia smażona,zapiekana czy w pasztecie,a może gołąbki - w lipcowej czy włoskiej kapuście? Albo dla odmiany jakaś zupa z buraczkiem czy fasolką szparagową?

Muszę przyznać,że całkiem miłe te dylematy,do tego stopnia,że na przyszły rok zobowiązałam Koguta by zrobił mi kilka skrzyń na podniesione rabaty i jeszcze odrobinę powiększę ogród. Wyłazi ze mnie baba ze wsi - szkoda mi miejsca na trawnik,jak już mam te parę metrów to niech będzie z nich wymierna korzyść. Trawę mam przed domem i wystarczy.

Marzenie o ogrodzie zimowym zamieniłam na marzenie o szklarni a raczej szklarence,na razie na bliżej nieokreśloną przyszłość,ale do zrealizowania.Teraz planuję kolejną rabatę,wzdłuż muru tuj - od dawna chciałam mieć hortensje, i jeszcze jeden mały projekcik,czyli płotek pomiędzy częścią wypoczynkową a bałaganem na tyłach domu. 

Ponieważ część rzeczy Kogut musi wykonać osobiście to dawkuję mu to szczęście i zdradzam swoje plany po kawałeczku,żeby się chłop nie przestraszył pracy. Na razie robi skrzynie,to tani projekt wykorzystujący deski z palet. Żeby było jeszcze taniej zamiast drewnochronu czy innego preparatu zabezpieczającego drewno użył jakiejś farby z odzysku i dumny z siebie zaprezentował efekt. O mamo,wyżerający oczy turkus? To będzie wesoły ogród. Tym bardziej potrzebuję płotka.

Na razie kupiłam nową beczkę na deszczówkę ale chwilowo niepodpięta do rynny,bo trzeba utwardzić miejsce pod rynną,a chłop zajęty jeszcze autem,nie poganiam,niech się nacieszy.

Jak widać telefon robi zdjęcia coraz gorzej,ale mniej więcej i beczkę widać i miejsce na hortensje.

Przy okazji wyjadania plonów objawiła się druga wada płyty indukcyjnej,mianowicie nie mam w czym pasteryzować słoików. Kociołek,w którym do tej pory to robiłam nie nadaje się na indukcję. Jednak na ogniu mogłam postawić wszystko,a teraz muszę kombinować. A pierwsza wada to taka,że nie potrafię/nie da się usmażyć frytek. Serio,nie wiem jak to zrobić,bo albo się gotują na breję albo palą. Na szczęście rzadko jemy frytki. Poza tym płyta ma same zalety - łatwo się czyści,szybko gotuje i nie ma tłustego osadu w mieszkaniu. Jedynie jak coś wykipi to trzeba zetrzeć od razu bo stuka. Nadają się wszystkie garnki,do których przyczepia się magnes,czyli najtańsze emaliowane też i nie ma potrzeby wydawania kupy kasy na drogie firmowe. A gotuje się jednakowo szybko,nie ma znaczenia czy w tanim czy drogim. Zużycie prądu sprawdzę po roku,na razie nie zauważyłam wzrostu,co w ogóle jest dziwne,bo przecież niewiele wcześniej doszła suszarka. Czyli rzeczywiście nowoczesne sprzęty są ekonomiczne. I jeszcze jedna wielka zaleta płyty - odkąd posiadam ani razu nie było tak,że nie mogłam użyć z braku prądu,a wcześniej z powodu skończenia się gazu w butli za każdym razem. Tak że tak, jestem zadowolona i polecam.

A teraz idę poczytać doniesienia z Woodstocku,bo tam podobno burze,grady,pioruny i ogólny armagedon. Od Kurczaka dostałam esmesa,że żyje i wszystko gra. Ale i tak myślę. 

kura.d

Jestem zmęczona,to tak z grubsza,bo jak próbuję przyglądać się temu co czuję bliżej to kłębi się we mnie więcej uczuć,ale samych na nie. Jakiś spadek formy. Ludzie mnie wkurzają,sytuacje dołują,upał dobija. 

Kupiliśmy samochód. Miał być nowszy i lepszy,a jest jaki jest. Trzynastoletnia Zafira,mechanicznie może być,ale syf nie z tej ziemi - jakby go nigdy nikt nie sprzątał,a wręcz hodował w niej kozy. Kogut nie chce oddać do prania,bo mu zaleją,uszkodzą,zniszczą chemią i nie wiem co jeszcze. Sam odkurza,myje i wietrzy.  

Kurczak Starszy. Wczoraj pojechał na Woodstock i dzięki bogu,bo w ostatnim czasie miałam ochotę wyrzucić go z domu. 

Kurczak Młodszy. Ten dostarcza rozrywek innego rodzaju. Sobotni wieczór spędziłam u chirurga,bo dziecko zapomniało,że jest wysokie i dla przypomnienia trzeba było założyć trzy szwy na głowie.

Reszta rodziny. Brat z ojcem pokłócili się o licho wie co i każdy obrażony,matka z byle czego histeryzuje,a siostra odkryła fejsbuka. 

Ja chcę na księżyc.

 

kura.d

Znowu mam kłopot z paznokciami,jakiś urok czy co? Długo próbowałam sobie sama pomóc,pewnie za długo. Potem korzystając z rady Fusilli poszłam do podologa,ale albo już było za późno,albo trafiłam na jakąś nowicjuszkę,bo ona też mi nie pomogła. Niedobrze. Możliwości wymówek mi się skończyły i z ciężkim sercem poszłam po skierowanie do chirurga. Wcześniej poszłam popytać ile by mnie ta nieprzyjemność kosztowała prywatnie,okazało się,że dwie i pół stówki to minimum,a możliwe,że więcej. Może gdyby przyjął mnie od razu to bym się zdecydowała,ale tydzień? Tyle samo czekałam w kolejce w poradni przyszpitalnej.

Co tam przeżyłam to moje - już na wstępie pan doktor zaproponował mi zdjęcie całego paznokcia. Myślałam,że zejdę,pot mnie oblał zimny a z paniki aż zdrętwiałam. Na szczęście zanim uciekłam z krzykiem zmienił zdanie i powiedział,że wystarczy kawałek. Na kawałek mogłam przystać,podpisałam papierek i usiadłam na stole. Szybciutko się położyłam jak tylko zobaczyłam,że szykuje zastrzyk znieczulający. Taki wielki zastrzyk na taki mały malec! Po zastrzyku nie czekając ani chwili zaczął ciąć. Zabieg dość bolesny,na szczęście krótki. 

Na razie jeszcze zakładam opatrunki i chodzę oszczędzając palec - wolałabym,żeby się zagoiło bez komplikacji,by już żaden chirurg nie musiał mi pomagać.

Co ciekawe czyjeś rany,skaleczenia czy zabiegi nie robią na mnie większego wrażenia,ale u siebie każda igiełka przyprawia o strach.

kura.d

Ponieważ od dawna śpię sama w sypialni to nie potrzebuję dostępu do łóżka z obu stron. Jakiś czas temu więc podsunęłam je pod ścianę, ale że łóżko jest dość duże to i tak zajmowało pół pokoju. Podrapałam się po brodzie i wymyśliłam,że jak przestawię je o 90 stopni i bokiem wepchnę pod skos to zyskam sporo podłogi. Jak wymyśliłam tak zrobiłam,przy okazji odkręciłam zawadzający zanóżek (to ta deska na przeciwko zagłówka) i poszłam spać.

Obracając łóżko zmieniłam przy okazji miejsce spania - do tej pory spałam po lewej stronie a teraz wypadło mi spać po prawej. Pierwszej nocy budziłam się co chwilę zdezorientowana i nie wiedziałam gdzie jestem. Kolejne noce to budzenie się nie tak często,ale jednak,coraz bliżej lewej strony. Od tygodnia nie przespałam spokojnie całej nocy. Ile czasu musi minąć,zanim przyzwyczaję się do nowego ustawienia? 

Strach teraz będzie kupić nowy materac.

kura.d

Jak jest ciepło to leżymy tak

a jak zimno i pada to wtedy tak (z tym,że ja mam swój kocyk)

i w zasadzie tyle

Młodszy Kurczak byczy się nad morzem. Nie dzwoni to chyba jest fajnie. Wychowawca też nie dzwoni i to dopiero jest fajne.

Starszy przeciwnie-ciężko pracuje. Znalazł pracę jako konsultant czy jak to nazwać,telefoniczny. W razie gdyby zadzwonił do Państwa z zaproszeniem na coś to proszę uprzejmie się zgodzić-Państwo nic nie stracą a dziecko zyska premię. Na razie nie idzie mu za dobrze wciskanie kitu-w ciągu ośmiu godzin pracy zaprasza 6-8 osób. A ile w zamian się nasłucha wyzwisk i rzucania słuchawką...

Z jednej strony takie doświadczenie też się przyda w życiu,z drugiej serce mnie boli.

Założył sobie konto w banku i struga bogacza. Kupił sobie solidny namiot na Woodstock i być może już w przyszły weekend go wypróbuje na Dniach Wędrowycza,bo tam też się wybiera.

Od nas to rzut kamieniem i sama z ciekawości bym skoczyła na moment ale kilka dni wcześniej mam umówioną wizytę u chirurga i podejrzewam,że następne dni będą mało mobilne. 

Z resztą o czym mówić,samochodu nie ma,to znaczy jest pożyczony,bo siostra Koguta wybyła na wakacje i zostawiła nam jeden ze swojej bogatej kolekcji,by jeździć do jej domu i podlewać kwiatki. Ale swojego nie ma i zaczynam myśleć,że już nie będzie. To znaczy staram się w ogóle o tym nie myśleć. 

Jest lato,słońce świeci,mam ogród-mam co robić. Do tego Kogut jest właśnie na urlopie i zaprzęgam go do każdej pracy,a po pracy chodzimy z psem na spacery i może to i dobrze,że nie ma tego auta,bo zaraz by nas gdzieś diabli ponieśli,a tu kwiatki trzeba podlać,z pomidorami pogadać,nową rabatę wymyślić. Przyjdzie zima to się będę martwić.

kura.d

20 lat minęło

Nie wiem czego sobie życzyć z tej okazji. Obyśmy dali radę trwać dalej.

A nawet 20 i kilka dni. Braliśmy dwa śluby w odstępie tygodnia,bo ostatni cywilny był o godzinie 14,a w kościele o 18. (Dlaczego nie chcieliśmy rano już nie pamiętam) Pan młody miał do domu 40 kilometrów i nijak mu było kręcić się w tę i z powrotem. 

Kilka dni wcześniej wynajęliśmy stancję,ale wprowadziłam się dopiero po weselu,tydzień między ślubami Kogut mieszkał sam. Do głowy mi nawet nie przyszło zamieszkać razem przed ślubem. Z naszymi charakterami pewnie rozstalibyśmy się szybko,a tak nie było wyjścia - trzeba się było jakoś dogadywać..

Do dziś pamiętam też swoją sukienkę,bardzo mi się podobała i była najtańsza na świecie. Koleżanka oddała mi swoją używaną,ja odprułam od niej górę,kupiłam metr koronki i znajoma krawcowa uszyła mi taką jak chciałam. W ogóle wtedy mało kto kupował suknie za miliony monet. Ja swoją też potem oddałam dalej. 

Szybko ten czas płynie. 

© kura w domu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci