Menu

kura w domu

nudziłam się i założyłam bloga

kura.d

No i niestety, nadeszła ta chwila (i wcale nie wiekopomna),gdy Młodszy Kurczak zasilił szeregi okularników. Od początku była to kwestia 'kiedy' a nie 'czy w ogóle',bo oboje z Kogutem jesteśmy krótkowidzami,a to źle wróży potomstwu. Na nieszczęście Starszy Kurczak wadę odziedziczył po mnie,wzrok mu się pogarsza w szybkim tempie i nie wiadomo czy da się coś z tym zrobić. Młodszy może będzie jak tatuś,trochę ślepy ale nie krecik.

Jutro idziemy szukać okularów. Na razie wstępnie obczaiłam ceny i trochę mi się włos zjeżył. A za tydzień zapisałam do okulisty siebie i Starszego. Oj, zaboli.

kura.d

Muszę kupić nowy telefon,reanimowałam niedawno stary,ale już nie mam do niego siły,chodzi wolno,zacina się,sam się wyłącza,restartuje - słowem jedyny ratunek dla niego to młotek. Już nawet nie mówię o braku wsparcia ze strony firmy,aktualizacji do niego nie ma od bardzo dawna. Bardzo jestem zawiedziona,bo dopiero skończył 3 lata i był swego czasu flagowym telefonem samsunga,a ja byłam idealnym właścicielem.Nie miał powodów,by się tak szybko zepsuć.

To znaczy,że naprawdę sprzęt elektroniczny przewidziany jest na niewiele dłużej niż na czas gwarancji? Lubię gadżety,kręcą mnie nowości i usprawnienia,ale chcę kupować coś nie dlatego,że się poprzednie zepsuło.

Poza tym czy ktoś widział ceny nowych telefonów? Zanim zaczęłam szukać określiłam jakie funkcje powinien posiadać a z czego mogę zrezygnować. Po godzinie musiałam mocno zweryfikować listę potrzeb,no chyba,że znalazłabym gdzieś tysiąc czy dwa. A najlepiej cztery.

Najpierw mściwie odrzuciłam firmę,bo okazało się,że cena nie idzie w parze z jakością. Potem procesor,RAMy,wyświetlacz...Na koniec doszłam do wniosku,że w sumie po co mi w ogóle smartfon.

Kiedyś życie było piękne,w komórkach trzymało się różne graty a na mojej ulicy tylko jedna sąsiadka miała telefon stacjonarny.

A czego wy używacie?

Przedwiośnie

kura.d

Uf,uf,chwila przerwy,można coś napisać. Ostatnio tylko czytałam,ale dość tego - czytnik na półkę i czas się zająć życiem w realu.

Głównie real w domu,bo na zewnątrz jeden dzień słońca i tydzień pluchy,tak to teraz wygląda. Dobrze,że chociaż śnieg już nie pada. Ale co by nie mówić - wiosną tego jeszcze nazwać nie można. Koty ledwo łebki wychylają

A na jeziorku jeszcze lód zalega

Do tego nie ma ptaków,nie że żadnego,ale jakaś marna ilość jest w pobliżu i trochę się tym martwię. Coś się stało,może choroba - ptasia grypa albo jakieś inne draństwo. Słyszałam o zakazie wypuszczania kur z kurników pod karą dotkliwej grzywny,dlatego tak mi się kojarzy. Wiosna bez darcia dzioba się nie liczy. Dobrze,że chociaż żaby wróciły. Lubię zasypiać przy koncercie z rech-rech i kum-kum. Oby pojawił się słowik. Jeszcze bażanty za płotem,gęsi u sąsiada i jak beczą sarny to dopiero jest muzyczny odjazd.

Na razie objeżdżamy i obchodzimy lokalne błoto,też synonim wiosny.

Wiosennie też byłam w sklepie ogrodniczym - wielodoniczki na sadzonki,ziemia,trochę nasion,jeszcze dużo za wcześnie na pole,ale jakiś tam początek jest. W tym roku jednak nie kupię tunelu,bo niestety zimą przeprowadził się do nas kret. Albo tysiąc kretów,patrząc na ilość kopców. Co znaczy,że mam jakieś robactwo w ziemi (skąd się wzięło??) i co też znaczy,że muszę się nastawić na straty z powodu robactwa i kopców. Co do kretów to mam dużo mieszanych uczuć,bo to takie miłe czarne zwierzaczki,w dodatku pożyteczne,tylko te cholerne krecie tunele i kopce,które żeby dodatkowo mnie wkurwić rozkopuje pies (a ma wyrzut na kilka metrów i weź potem zagrab tę ziemię,żeby zasypać dół),ale grabienie to niezła praca fizyczna i ćwiczenia. I na koniec już nie wiem,czy lubię krety czy nie. Chyba najbardziej je lubię u sąsiada. Nielubianego.

Oprócz domu i ogrodu wpadam też na wiosenne pomysły. Jednym z nich był taki,żeby zacząć chodzić na basen na aerobik. Znalazłam nawet kostium kąpielowy (za mały! coś takiego! niemożliwe! na pewno skurczył się w praniu) i już prawie wychodziłam z domu,ale spojrzałam na godzinę rozpoczęcia i jednak nie wyszłam. O 20 to ja zaraz idę spać,a przynajmniej ciemno na dworze jak nie powiem gdzie i niewyraźnie po ulicach samej chodzić. Jednak poczekam do wiosny.

kura.d

Lubię kwiaty i na pytania co chciałabym dostać w prezencie imieninowym zawsze mówię,że kwiatka. Kiedyś były jeszcze książki,ale te jednak wolę kupować sobie sama,podobnie jak inne rzeczy. Kwiatów za to nigdy dość. Wczoraj zostałam obdarowana bukietami tulipanów i goździków a na oknie stanęły nowe storczyki. Ale jeden bukiet szczególnie mnie wzruszył - ten od męża - z czerwonych róż.

W naszym małżeństwie kiepsko się dzieje,a że oboje mamy trudne charaktery to ten kryzys ciężko przechodzimy. Mimo wszystko zależy mi na tym związku i na tym facecie i trudno mi sobie wyobrazić życie bez niego. Trochę się bałam ostatnio,że on już sobie odpuścił,że pomyślał,że już nie warto się starać. Te czerwone róże od niego są dla mnie sygnałem,że jeszcze jest dla nas nadzieja.

Ale żeby nie było,że zawsze ze mnie taka ckliwa romantyczka to od siebie w prezencie kupię sobie myjkę do okien,o.

kura.d

Trochę zardzewiałam bloxowo,ale tak to już jest,jak brak chęci i pomysłów na pisanie. O czym może pisać taka kura domowa,kręci się wkoło tych samych spraw domowych. Inni to mają pomysły! I przeżycia! U mnie spokój,cisza,woda z dachu kapie (chyba dziura się w rynnie zrobiła) i nudy panie,nudy.

Trochę czytam,trochę się uczę angielskiego (myślę nawet o dalszej nauce),coś oglądam,nawet do kina udało mi się Koguta wyciągnąć,ale głównie siedzę w domu. Nawet na zakupy staram się nie wychodzić za często. Z resztą tego to akurat nie lubię.

Ale dość tego gnicia,czy może raczej wymrażania. Słońce się pokazało,termometr pokazał w końcu PLUS,czas znieść jakieś jajko.

Wiosny mi się chce,że ach. Ciepła,trawki zielonej,kwiatków,ziemi pod paznokciami. Na razie zapowiada się kilka dni odwilży,ale czy to już wiosna? - ptaszków nie słychać,więc trochę wątpię. W zeszłym roku już od stycznia darły dzioby i spać nie dawały rano,a w tym połowa lutego i cisza.

Muszę się też trochę rozruszać przed sezonem,bo zastałam się okrutnie,i to w taki bardzo dosłowny sposób. Przy dłuższym chodzeniu bolą mnie mięśnie łydek, skrzypię w kolanach i czuję stawy biodrowe. A to dłuższe chodzenie zaczyna się już po przekroczeniu bramy. Skutek zimy i samochodu,a głównie lenistwa. Czas się ruszyć kurzyno leniwa!

Niech no tylko zrobi się cieplej...

Listonosz przyniósł nowy katalog z roślinami i zaczynam planować co posadzić w ogródku. Może kupię w końcu tunel foliowy - co roku o tym myślę. Nawet nie chodzi o kasę,bo kilka stówek mam odłożonych,ale jeszcze nigdy nie uprawiałam nic w folii. Trochę się waham czy podołam,a trochę mam chęć na nowe wyzwanie.

Mam też chęć na wakacje i tym razem żadne góry,a morze. Na razie to tylko mgliste marzenia,ale jakby co to trzymam nierozliczonego PITa,będą za niego dwa tysiączki zwrotu z ulgi za Kurczaki. Jak rozliczę teraz to kasa się do lata rozejdzie,a tak jest parę groszy nie do ruszenia. Sprytnie to sobie wymyśliłam,nie? A jak nie pojedziemy to sobie kupię nowy odkurzacz. Pionowy,żeby się nie schylać. Trzeba sobie jakoś to życie ułatwiać.

I tako o. Idź sobie zimo,bo ja tu mam tyle do roboty,że hoho. Albo i więcej.

A to dowód,że dziś był PLUS - całą ferajną wylegliśmy na podwórze.

 Niektórzy mają lwy na ogrodzeniu,a ja mam koty (jak te grubasy się mieszczą na słupkach to nie wiem ;)

kura.d

Czy ta zima nie mogłaby już sobie pójść? Tak tylko grzecznie pytam,bo to nie tak,że ja jej nie lubię - ja tylko nie lubię jak jest ciemno,zimno i jak za długo leży śnieg. A leży i leży. Człowiek by sobie wyszedł na łąki,pola i bezdroża ale butów takich wysokich nie ma. Ma za to plamy na gębie od mrozu i gile zamarzające w nosie. A niedługo mu się porobią odciski od pracy przy węglu.

Na nartach jeździć nie umiem,łyżwy miałam na nogach jakieś 30 lat temu,sanki to chyba pod tyłek nie wejdą,a bałwanów wszędzie pełno cały rok. Szadź oblepia wszystko co drugi dzień i co jeszcze masz mi zimo do zaoferowania?

Żadna ze mnie kura,już prędzej misiek. Fotel sobie ustawiłam strategicznie pod grzejnikiem z widokiem na lodówkę,obłożyłam się kotami i czekam na wiosnę. Obiecuję solennie,że następnym razem zacznę dopiero narzekać jak będzie powyżej 30 stopni,a możliwe,że i tęsknie wspomnę dzisiejszy dzień. Ale niech już nadejdzie jutro!

kura.d

Z przygotowań świątecznych

-umyłam trzy szafki w kuchni

-zjadłam suszone owoce na kompot

-pokłóciłam się z Kogutem na tematy polityczne

Ale fajnie jest,żadnej napinki,co zrobię to będzie,od braku reszty nic się nie stanie.

dzieci

kura.d

Wywiadówki,zaprawdę nie ma ciekawszych spotkań i spędzania czasu niż w szkole wysłuchując sprawozdania z postępu nauki dziatwy.

U Młodszego Kurczaka lekko mnie zatchnęło jak zobaczyłam kartkę z wynikami. Biorąc pod uwagę oceny moje dziecko nadaje się jedynie do wypasania gęsi a widząc jego przejęcie przemową dyscyplinującą będę zmuszona małe stadko nabyć. Na szczęście z uwag jest tylko taka,że gada. A mógłby się bić,chodzić na wagary czy popijać wino w krzakach. Marna pociecha ale zawsze.

Podpytałam przy okazji wychowawcę,czy oprócz tego co ogólnie wiadomo w likwidacji gimnazjów on jako szkoła może powiedzieć coś więcej. Nie może. Bo nic więcej nie wie.

Co ja myślę o dobrej zmianie to się do druku nie nadaje. 

Kurczak chodzi do 6 klasy, do tego jest to klasa sportowa o zwiększonej do 10 liczbie godzin wf. W przyszłym roku dojdą nowe przedmioty i nie ma jeszcze żadnych wytycznych z ministerstwa co z tym zrobić. Kiedy będą? We wrześniu? Bij człowieku głową w ścianę, najlepiej głową kogoś z rządu. 

Dobra, teraz Starszy. U niego akurat wkurzam się po kawałku obserwując na bieżąco dziennik elektroniczny. Nie wiem, która metoda lepsza - raz a dobrze czy codziennie po trochu?

Codziennie za to gratuluję sobie, że dobrze mu doradziłam z wyborem szkoły. A może tylko wzdycham z ulgą, że mi tego nie wypomina. W każdym razie ze szkoły zadowolony,uczy się tak sobie (on twierdzi,że jest w czołówce klasy) za to coraz lepiej radzi sobie w kuchni. Nie ze sprzątaniem po sobie rzecz jasna,ale na przykład takie ciasto drożdżowe na pizzę czy rogaliki robi już z zamkniętymi oczami.

Ogólnie muszę powiedzieć,że Starszy Kurczak nie tylko zaczyna przypominać,ale już jest człowiekiem. Patrząc na wcześniejsze jego wyskoki trudno było w to uwierzyć,ale uf,udało się.

A wygląda teraz tak i myślę,że nie jest to jego ostatnie słowo. Oryginalność ma we krwi.

Aż mi się młodość przypomina jak na niego patrzę.

Tak że tak,nie jest źle a gdyby nie reforma oświaty byłoby jeszcze lepiej.

wpis zrzędzący

kura.d

Nie lubię świąt,nie lubię roboty z nimi związanej - tego sprzątania,szykowania,gotowania i siedzenia potem przy stole. Ja bym chciała inaczej,ale tradycja! Tak trzeba! Niby każdy z osobna też nie lubi,ale wszyscy razem jak ich zebrać do kupy to chcą. Tak sobie obiecuję,że kiedyś wystawię ich do wiatru,rzucę to całe szykowanie i gdzieś zniknę. Jeszcze nie wiem gdzie,ale kiedyś coś wymyślę.

Na razie szykuję,bo przecież nikt nie wyobraża sobie,żeby nie było tak jak zawsze. Ja sobie wyobrażam,ale nikt mnie nie pyta o zdanie. Zresztą i tak głośno nic nie powiem,bo mogłabym sprawić przykrość rodzinie i jeszcze by się ktoś na mnie obraził. Straszne. Przed świętami zawsze mniej lubię swoją rodzinę.

Kogut już obrażony,robi za niemca i ani be ani me. Ale przed fochem też nie było z kim gadać,jego tradycyjne "w święta idę na ryby" nawet mnie nie ruszyło. Wiadomo - to ja muszę wszystko wiedzieć i o niczym nie zapomnieć.

A ja nie wszystko wiem. Nie wiedziałam na przykład,że na blat kuchenny czeka się dwa tygodnie albo i dłużej,poszłam więc do sklepu i kupiłam tę swoją wymarzoną indukcję. Myślałam,że przy okazji porządków wymieni się blaty,zamontuje płytę i będzie. Wkurza mnie nawet nie to,że płyta stoi w kącie,ale że będę dwa razy sprzątać. Draństwo. Może i wyrobiłabym się do świąt,ale pomijając to,że mi chłop oniemiał nie mam odpowiedniej patelni,możliwe,że garnków,no i odpowiednich umiejętności obsługi.

Na dodatek znowu śnieg pada,ale tylko błoto z niego się robi. Była już zima - ze dwa tygodnie śnieg poleżał,nawet mróz po 10 stopni już był. Potem deszcz wszystko rozbabrał i znowu siedzimy jak te żaby w bagnie. Fuj

zaczytana jestem

kura.d

Jakiś czas temu byłam świadkiem pewnej rozmowy. Pani pracująca w bibliotece opowiadała o akcji mającej zachęcić do czytania. Śmiała się przy tym,że co to za wyzwanie-50 książek na rok,ona tyle czyta w kilka miesięcy. Zastanowiło mnie to,bo ja czytam właśnie mniej więcej książkę na tydzień i wydaje mi się,że to akurat tyle,żeby i poczytać,i zająć się innymi rzeczami. Oczywiście bywają tygodnie,kiedy robię te inne rzeczy,ale bywają też takie jak teraz,gdy w przeciągu niecałych dwóch tygodni przeczytałam 6 książek o łącznej liczbie 4 tys. stron. Czekają mnie jeszcze dwie książki z tego cyklu i kolejne 1800 stron. Liczę,że całość zajmie mi około trzech tygodni.

Ale. Nie pracuję,mało śpię,zawalam obowiązki domowe.

Z ciekawości zapytałam kilkoro znajomych,o których wiem,że też lubią czytać jak dużo książek ostatnio przeczytali. I tak-więcej ode mnie czyta nauczycielka polskiego,studentka polonistyki,mieszkanka Warszawy(dojazdy do i z pracy) i emerytka (ale tylko wtedy,kiedy nie pilnuje wnuka). W zasadzie ludzie,którzy mają dużo wolnego czasu albo dużo lektur do omówienia.

Oczywiście z nikim nie rywalizuję,czytam dla przyjemności,raz więcej,raz mniej. W tym roku też osiągnę swoją średnią.

A książki,które mnie ostatnio tak wciągnęły to "Achaja" i "Pomnik cesarzowej Achai" Andrzeja Ziemiańskiego. Kawał dobrej polskiej powieści fantasy. Dobra robota Panie Autorze,na pewno sięgnę po inne Pana tytuły.

kura.d

Jestem ostatnio nieogar. Coraz mniej ogarniam swojego chłopa i zupełnie przestaję rozumieć jego zachowania. Co go dręczy od niego samego się nie dowiem,bo albo wrzeszczy,albo jest obrażony. Raz na miesiąc zdarza mu się przemówić ludzkim głosem,a tak to tylko furia lub foch. Zdurniał na stare lata,albo ma kochankę,albo kłopoty w pracy,albo ma mnie dość,albo cholera go wie. Jako ten anioł z nieba zstąpiony na razie wykazuję cierpliwość i łagodność ale czuję,że zbliżam się do ich kresu i jak wybuchnę to wióry polecą.

W naszym małżeństwie ostatnio na pewno nie jest nudno,ale czy to akurat zaleta to wątpię.

Wczoraj darł na mnie japę,potem się obraził,a dzisiaj zaprasza na koncert. I zrozum tu faceta.

 

 

kura.d

Mogę pisać,bo mam już znacznie lepszy humor niż w ostatnich dniach. Na tyle lepszy,że zaczynam się zastanawiać,czy nie cierpię przypadkiem na jakąś odmianę borderline,no bo takie skoki to trochę przesada. A może zwyczajnie jestem niestabilną emocjonalnie histeryczką,też możliwe.No cóż,będę musiała z tym żyć dalej.

Duże Miasto też trochę przyczyniło się do jaśniejszego spojrzenia w przyszłość,a jeszcze bardziej zrobione tam zakupy. I ta świąteczna atmosfera w paskudnym listopadowym dniu,ach. Ale żadna kurtka,bluzka ani nawet najbardziej miękki cudowny sweterek nie zastąpi poczucia dumy i zadowolenia z siebie jakie dał mi ostatnio dobrze zaliczony sprawdzian z angielskiego. Dzięki niemu przez chwilę unosiłam się jak balonik z helem. W swojej grupie byłam najlepsza i do tego nie ściągnęłam nawet jednej literki. Myślę,że mam dobrą motywację-bo uczę się dla siebie,z chęcią i przyjemnością,dlatego nieźle mi idzie. No dobra,trochę pewnie też,że jestem najmłodsza i mam jeszcze dzieci w szkole. A przynajmniej te wredne koleżanki emerytki tak mi wmawiają. Ale one też nie takie leciwe staruszki.

Dla kogoś to może być śmieszne i nic nieznaczące,ale widzę,że potrzebowałam takiego docenienia i kilku dobrych spojrzeń. Życie na grzędzie jest spokojne ale pozbawione wyzwań (o ile nie mówimy o wyzwaniach typu co ugotować szybko i tanio,i żeby wszystkim smakowało)

Ale żeby nie było tak słodko na ziemię już mnie sprowadza PMS i potężny wkurw na otaczających mnie facetów.

Równowaga musi zostać zachowana.

żyję

kura.d

Odwykłam od bloxowania. Nie bardzo jest o czym pisać i chęci też bardzo nie ma. Korzonki załatwiły mnie na cacy - fizycznie,ale i psychicznie,zaczęłam wpadać w jakąś czarną d..ziurę. Nie wiem czy już mi lepiej,tym bardziej,że listopad. Jakiś taki niewydarzony się ten miesiąc udał panu roku.

Deszcz,śnieg,deszcz ze śniegiem-mało to wszystko urozmaicone. Człowiek zastanawia się nad sensem wszystkiego,na przykład czy jest sens czyścić buty,jak po wyjściu za furtkę znowu się ubłocą. Albo jaki jest sens stania przy garach przez pół dnia,jak wszystko pożrą w pół godziny. Albo sens czesania się i zakładania na to czapki. Dużo myślę ostatnio.

A jeszcze co do żarcia-patrząc na to ile pochłaniają pies i koty to powiadam wam, szykuje się zima stulecia,a może i tysiąclecia. Najgorsza zima w tym roku,daję słowo. Żeby wkrótce nie zamarznąć razem z domową menażerią jem wszystko co mi w gębę wpadnie. Kocich puszek jeszcze nie ruszam,ale kto wie,kto wie. Pewne jest tylko to,że przy tym stylu to niedługo nawet ubrania na gumkach na mnie nie wejdą. Czy sam tłuszcz bez okrycia będzie mnie w stanie ogrzać?

W każdym razie korzonki postanowiły dać mi spokój,być może przestraszyły się wirusa,którego przywlókł do domu Starszy Kurczak,a którego już sprzedałam Młodszemu (szybki jest,szybki bill wirus) Naprawdę to nic nie sprzedałam,a oddałam,a nawet dopłaciłam,bo wszak leki jeszcze musiałam kupić. Ale i wirus już przechodzi,został mi tylko po nim jako wspomnienie suchotniczy kaszelek,tak więc radujmy się bracia,bom już zdrowa na ciele a o umyśle nie wspominajmy,bo nie ma za bardzo o czym.

Wracam więc do życia,a w nim do wykańczania domu,rodziny i otoczenia. Zmieniłam oświetlenie górne na górne ale inne (wpadając przy tym w malutką depresyjkę,bo efekty nie dorównały oczekiwaniom),czeka mnie jeszcze dekoracja ścian,to znaczy,że planuję kupić jakiś obrazek i zegar. Obrazek to nawet sobie wymyśliłam,że dam do druku i oprawienia któreś ze zdjęć robione przez Koguta. Podwójna korzyść-bo i chłopa docenię, i ścianę wypełnię. A na zegar mam chęć przyklejany,ale nie wiem,czy nie za duży on będzie. Na żywo go nie widziałam,a do zakupów internetowych jakoś się zraziłam. Nie ma to jak pomacać samemu naocznie. Dlatego w niedzielę wybiorę się na macanie do Dużego Miasta,są tam jakieś centra handlowe,niech pokażą co mają.

A w ogóle to jakoś mi smutno.

kura.d

Jak ja nie lubię chorować. Mam małą odporność na ból i gdybym miała dłuższy czas tak cierpieć jak przez ostatnie dni to chyba bym nie wytrzymała. Zwariowała,zapiła się,zaćpała - nie wiem,ale powiedzenie,że cierpienie uszlachetnia to największa bzdura świata.

Od lekarza dostałam zastrzyki,różne maści i tabletki,zaczynają działać ale stanowczo za wolno. Dodatkowo wkurza mnie Kogut,który nie wprost ale daje do zrozumienia,że za długo to wszystko trwa. Nie daj boże,żebym miała się kiedyś poważnie rozchorować i być pod jego opieką.

Wiem,że sama jestem temu winna,bo zazwyczaj nie rozmawiam o swoich chorobach (tych przewlekłych) a nagłe przypadki rzadko mnie dotykają, a jak on ma katar to następuje koniec świata -  i ja na to pozwalam. Już ja mu zrobię herbatkę...

W każdym razie zaczynam wracać do świata żywych, nawet mogę chwilę posiedzieć na krześle,jak dobrze,bo robienie wszystkiego na stojąco przestało być zabawne.

Zaczęłam od powieszenia nowej firanki w oknie kuchennym,mało ona kuchenna,ale na razie niech będzie.

kura.d

Za długo było dobrze i jak się zepsuło to już konkretnie - od soboty jestem żywym trupem. Znaczy korzonki mnie łupnęły. Tym razem ból jest tak dotkliwy,że mało brakowało,a dałabym się zawieźć Kogutowi do szpitala. Ale pomyślałam,że nie wsiądę do samochodu o własnych siłach i na pewno nie dam rady kilka godzin czekać na izbie przyjęć. Dlatego wzięłam od ojca olfen i dzięki niemu jako tako funkcjonuję. Nie mogę siedzieć i stać w miejscu,z trudem chodzę i mogę leżeć na wznak. Dzisiaj wybieram się do mojego lekarza - niech mnie stawia na nogi i to szybko,bo roboty w domu huk i angielski czeka.

 

Włączyłam rano wiadomości, a tam

78 miesięcznica

cyrk na cyrku i cyrkiem pogania

kura.d

Oglądam ostatnio częściej magazyny wnętrzarskie,szukam inspiracji dla swojego domu. Zapisałam się też do kilku grup na fb by podejrzeć co w domach piszczy.

Pamiętam jak wyglądało wnętrze mojego rodzinnego domu-trzydrzwiowa szafa z lustrem,głęboka i pojemna-mieściły się w niej ubrania dla całej rodziny,a także pościel,ręczniki i cała masa wszystkiego innego. Pod ścianą stał tapczan,stół na środku,etażerka z książkami w kącie,w drugim kącie piec kaflowy i kolorowe zasłony na całą ścianę (za którymi można było ukryć wiele rzeczy). W kuchni stół,kuchnia na węgiel i duży kredens. W domach moich sąsiadów było to samo-może miało nieco inny kształt i detal.

Potem nastała era meblościanek na wysoki połysk,wersalek, regałów kuchennych a jak ktoś był bogaty to miał boazerię na ścianach i skórzane fotele.

A teraz? W końcu jest wybór w sklepach i każdy może mieć co innego ale i tak najbardziej pożądane są białe komody z ikei, szare narożniki, szare ściany z napisami po angielsku i białe meble z połyskiem do kuchni. W oknach rolety, najlepiej dzień-noc. Kolor tylko w detalu i pokoju dziecinnym,reszta biało-czarno-szara. 

Ja niestety nie wpisuję się w te trendy-z artykułów w różnych gazetach dowiaduję się,że jestem niemodna i nie na czasie. No cóż, muszę z tym żyć. Najgorzej jest w internetach-na każdego takiego jak ja-niemodnego-leje się wiadrami hejt. Nie ma tam miejsca na indywidualność czy biedę. Szkoda.

Powoli kończę(się) ten bałagan. Mamy z Kogutem inne podejście do organizacji pracy i kiedy ja wolałabym robić pomieszczenie po pomieszczeniu on woli jeden rodzaj pracy,czyli jak malowanie to malowanie,jak grzejniki to po kolei grzejniki i tak co posprzątam to znowu nabrudzone.

Teraz czas zacząć myśleć o poddaszu,ale szczerze mówiąc bardzo mi się nie chce. Bardzo bardzo.

nie koniec

kura.d

Jednak mam chęć przemalować biurko,może nie tak od razu ale jednak. Teraz z całą resztą wygląda tak

to znaczy prawie tak,bo brakuje drugiego fotela,dywanu i stolika,ale ogólny zarys jest właśnie taki.

Naszarpałam się wczoraj z meblami,bo poprzestawiałam sama jeszcze inne szafki i komody ale i tak ogólny efekt jest niezadowalający. Z komodą koło telewizora nie mam co zrobić. Ona jest zupełnie od czego innego,stało na niej swego czasu akwarium,teraz ma w sobie jakieś graty i trochę się przydaje a trochę szkoda ją wywalić.

Spróbuję ją jeszcze zamienić z singerem,ale też chyba nie będzie dobrze. Na ścianie miały stać tylko słupki i tv,a teraz to nie wiadomo co będzie. Na szczęście oboje z Kogutem lubimy co jakiś czas poprzestawiać meble,więc i tak niedługo pewnie coś się zmieni. Singer na razie stoi w garażu i myszy po nim harcują (a koty śpią!)

Jedno tylko się nie zmieniło - kable pod schodami jak były tak są dalej. A w nosie je mam,czy ja wyglądam jak Don Kichot?

 Zdjęcia do kitu bo telefon na ostatnich nogach,a aparat gdzieś schowany i nie wiadomo gdzie.

jeszcze i jeszcze

kura.d

Malowanie prawie zakończone,zostanie jeszcze trochę innych "drobiazgów" w postaci nowego blatu pod płytę,listew to tu to tam i innych dupereli (na przykład dwie nowe klamki). Na początku powstała lista z rzeczami do zrobienia i są na niej "mask i cz nw wł i gn". Kurcze,ile ja się nagłowiłam,co za maski mi potrzebne. Dopiero jak zaczęłam wycierać włączniki to zakumałam,że to maskownice i osłony do włączników,kilka włączników zżółkło i pod kilka trzeba założyć osłony na ściany,np. w przedpokoju gdzie wychodzę z piwnicy,przy łazience i na schodach. Tam się maca ścianę wokół włącznika i niech to od razu nie będzie czarny punkt.

Nie wiem kiedy wszystko skończymy,sama robota to jeszcze,najgorsze jest sprzątanie po niej. Tu kapnie,tam chlapnie i wszędzie kurz. Każdą jedną rzecz trzeba z niego wytrzeć,umyć i postawić na miejsce. Na razie uporałam się z dwiema szafkami,a opornie mi to idzie,że raaany. Teraz powinnam zabrać się za mycie i malowanie grzejnika i ustawieniu komody ale jak widać siedzenie przy biurku lepiej mi wychodzi. No właśnie,jeszcze to biurko. A potem jeszcze będę musiała umyć okna. A pod łopatką mnie coś boli i sił ubywa z minuty na minutę. Im więcej widzę rzeczy do zrobienia tym mniej we mnie chęci.

No dobra,to jedna rzecz na raz. Teraz komoda,potem się zobaczy.

pytanie

kura.d

Czy jak mam wszystkie meble ciemne to pomalowane na biało biurko będzie bardzo razić? Nie chcę nic więcej ciemnego i nie to,że mam dość swoich mebli tylko chciałabym,żeby to biurko było mało widoczne. Tak kombinuję,że jak ściana jasna i mebel jasny to go nie widać. Na dodatek wywaliłam fotel na kółkach i chcę przynieść z garażu stare krzesło,a że ono też jest ciemne to kupię pokrowiec/sukienkę białe i też nie będzie rzucać się w oczy.

Tak sobie wyobraziłam,ale nie wiem czy będzie dobrze.

Znalazłam też karnisze,które pasowałyby do pokoju i trochę mi się podobają

firma karnix

ale jeden kosztowałby ze 2,5 stówy,potrzebuję co najmniej dwóch,a najlepiej trzech lub nawet czterech i od razu robią się mniej ładne. A jak zmienię meble to i karnisze?

Jednak nie,zwykłe białe szyny i koniec. Znaczy do końca to jeszcze trochę,albo i bardziej bo Kogut w środę już idzie do pracy (on się cieszy i mówi,że w końcu odpocznie,łobuz jeden)

eh,i wypiłam kawę,i idę dalej sprzątać i układać...

To jak z tym biurkiem?

remont

kura.d

Trochę mnie ten remont już męczy,ale zaciskam zęby bo w końcu kto chciał,naciskał,jęczał,błagał i szantażował? Jak się powiedziało a to teraz wiadomo co dalej. Z tym zaciskaniem zębów to trochę przesadziłam,bo wczoraj zrobiłam Kogutowi karczemną awanturę o w sumie głupstwo ale jak mnie sprowokował to niech ma. Atmosfera się oczyściła i można pracować dalej. Malowanie idzie szybko-ja wałkiem środek,on pędzlem szczegóły i ściany raz dwa lecą. Sufity to już on sam,bo jednak ramiona mi nie pozwalają. Za to mopem po podłogach obracam koncertowo. Trochę przedłuża się na pierdołach-a to dziurka do zalepienia i przeszlifowania,a to rurka brudna,a to inne bzdo. Bajzel oczywiście panuje wszędzie totalny i nawet jak pamiętałam na początku gdzie co upchnęłam to już zapomniałam. Na razie odgruzowałam komputer,ale nie na długo,bo przecież planowo ma trafić do pokoju. Inne meble też mają być przestawione i jedna komoda zostaje na środku pokoju. 25 metrów i brakuje miejsca? Jak ja to zrobiłam? Coś na pewno wymyślę,ale jak już zacznę wszystko ustawiać na swoim miejscu.

Jeszcze zostało sporo roboty,najwięcej czasu pójdzie na drobnostki,które Kogut próbuje odwlec w bliżej nieokreśloną przyszłość. Trzeba kupić i polakierować listwy przypodłogowe,przysufitowe i jakieś inne maskujące. Może nowe karnisze? Żadne mi się nie podobają,ani te co mam,drewniane,ani metalowe. Dla mnie to zbędny element wystroju i mam tylko dlatego,że firany muszą na czymś wisieć. Może kupię proste białe szyny z osłoną na sufit i tyle. Za to mam upatrzone żyrandole i muszę,po prostu muszę je mieć.

Białe szyny będą pasować,bo ściany mam jasne. Bardzo jasne. Bardziej kurna jasne się nie da.To nie moja wina,ja chciałam jakąś złamaną biel,ale złamaną nie bielą a czymś ciemniejszym. Kolor nazywa się Białe żagle i jest to "bielszy odcień bieli". Ściany mam bardziej białe od sufitu. Ale nawet fajnie to wygląda. Do przedpokoju jest jakiś szary,na pudełku całkiem ciemny,jak tak wyjdzie na ścianach to Kogut zginie. Bo wzięłam z półki jaśniejszy odcień,ale po drodze do kasy okazało się,że z puszką coś nie tak,więc chłop poleciał zamieniać. Szary to szary-wziął jaki w rękę wpadł i zobaczyłam dopiero w domu. A nie mogę zamienić bo do sklepu jeździliśmy do sąsiedniego miasta-tam wszystko wyszło taniej,nawet doliczając koszt paliwa. Prawdę mówiąc szarego też bym nie brała,ale dużego wyboru w odcieniach nie było,a na żółcienie,czerwienie i brązy nie miałam ochoty.

Tak że tak,dzisiaj Kogut rzucił robotę i poleciał na imprezę pracową. To już czwarty raz w ciągu miesiąca i zapowiedziałam,że tym razem nie daruję,musi mnie gdzieś w rewanżu zaprosić. Tym bardziej,że jutro mam urodziny i dobry obiad mi się należy.

Ja w tym tygodniu też zaczęłam wybywać z domu. Zapisałam się na angielski. Jest to jakiś projekt unijny i dzięki temu nic nie płacę. Dawno nie robiłam czegoś tylko dla siebie,a zawsze chciałam znać ten język. Jestem pełna zapału i szczęśliwa jak dziecko. Chodzę na godziny poranne,razem z grupą emerytów. Na razie jest całkiem sympatycznie i wesoło. Oby tak zawsze!

© kura w domu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci